Nieprawidłowe noszenie aparatu jeśli nie doprowadzi do kontuzji może całkiem obrzydzić każdy wyjazd fotograficzny. Poważnie.

Kilka lat temu, wraz z przyjaciółką – dziennikarką pojechaliśmy do Holandii. Cel  – przygotowanie materiału o holenderskich serach. A trzeba wiedzieć, że w temacie serów jest co robić w Holandii. Mały kraj, małe miasta, niezależność, piękna pogoda – miałem warunki idealne. Po czwartym dniu tułania się po serowych targach w cudownej urody małych miasteczkach poczułem, że jakoś dziwnie bolą mnie plecy. Wprawdzie byłem przyzwyczajony do dźwigania ponad 15 kg plecaka ze sprzętem ale ból narastał i w pewnym momencie przestało być to zabawne.

Robiłem coraz więcej przerw, schylałem się częściej – niby to zawiązać buty – przysiadałem. Nie chciałem ani pogodzić się z faktem, że nie domagam ani też przyznać się przed moją współpracowniczką, że coś jest ze mną nie w porządku. Przełomowa była chwila, gdy w jednym z miasteczek przechodziliśmy obok sklepowej wystawy i zobaczyłem odbicie swoje skromnej osoby, z twarzą wykrzywioną grymasem bólu ale – co najważniejsze – z wielkim aparatem zawieszonym na szyi. I doznałem olśnienia. Uświadomiłem sobie, że to już piaty dzień, kiedy na karku mam zawieszone jakieś 3 kg, na niezbyt szerokim pasku, dyndające, podskakujące przy każdym moim kroku. Okazało się, że uciska paska na szyjna partię kręgosłupa był sprawcą całego zamieszania.