_PTR4069-01Lato otwiera się latem, to taka oczywista oczywistość. Ale nie zawsze lato przychodzi latem. Chociaż i to przestaje dziwić, od kilku lat klimat płata nam różne dziwne figle.

Do Filzmoos docieramy późnym popołudniem, deszczowa pogoda nie sprzyja spacerom więc zaszywamy się w hotelu i rozczytujemy się w ulotkach, katalogach i mapach, które dostaliśmy.

– Przynajmniej będziemy wiedzieli co nas tutaj czeka – pocieszam Anię, zasmuconą złą pogodą. Poranek wita nas pochmurnym niebem, ale chmury są jakoś wysoko, wysoko. Może się uda, może nie spadnie deszcz. Na wszelki wypadek zabieramy tradycyjny już zestaw wszystkich niezbędnych, przeciwdeszczowych akcesoriów. Po śniadaniu pod hotel przyjeżdża nasz przewodnik z firmy Filzmoos – Aktiv – Martin. Razem z nim mamy podjechać kilka kilometrów do miejsca zbiórki. Pierwszy raz podczas całego naszego pobytu w Alpach Austriackich zapraszają nas na imprezę! I to nie byle jaką – szykuje się wielkie Otwarcie Lata na Ziemi Salzburskiej. Impreza co roku odbywa się w innym miejscu w regionie, stąd i mieszkańcy i władze Filzmoos są dość podekscytowaniu. Tegoroczna zagości na położonej ponad 1500 m n.p.m. Krahlehenalm. Zjechać mają goście z ponad 100 wiosek, osad i gospodarstw. Będzie się działo! Po drodze okazuje się, że nie zabraliśmy wody z hotelu. Martin podjeżdża do swojego biura i nalewa nam wodę z kranu… Jesteśmy nieco zaskoczeni, do pierwszego łyku. Smakuje jak dobra woda mineralna. Martin tłumaczy nam, że woda z kranu z w Filzmoos jest absolutnie zdatna do picia. Z resztą widzieliśmy już niejeden raz w innych alpejskich miejscowościach oznaczenia wskazujące, żeby ją pić bez obaw. Polskie przyzwyczajenia jednak zwyciężyły. Pijemy więc kranówkę.

Docieramy do miejsca zbiórki. Czeka tu górska taksówka na tych, którzy z obawy przed perspektywą deszczu wolą podjechać kawałek niż iść z nami 2 godziny do góry, na Krahlehenalm. My się deszczu nie boimy… Idziemy. Jest gorąco, więc po chwili całe imprezowe towarzystwo prawie w negliżu, tzn. w koszulkach na ramiączkach. Po ostatnich deszczach jest strasznie mokro, a droga przypomina marsz pokutników w błocie. Ale humory dopisują, co chwilę ktoś rzuca dowcipem, dogaduje, jest wesoło. Martin pyta czy ma tłumaczyć to wszystko co się mówi na angielski. Uspokajamy go, że po dwóch tygodniach rozumiemy prawie wszystko, a jeśli nie to przynajmniej sens wypowiedzi. Droga prowadzi przez las, dolinami, jest kilka dość stromych podejść. Nie widać gdzie idziemy, na szczęcie mamy mapę z której mogę łatwo wywnioskować gdzie się aktualnie znajdujemy. W końcu wychodzimy z lasu na polanę – pastwisko i ukazuje się pięknie udekorowana, niewielka zagroda – restauracja, miejsce, w którym odbędzie się oficjalna część imprezy. Sporo gości już dotarło, część poszła na łatwiznę i przyjechała samochodami. Mięczaki. Dla nas, oficjeli – bo to tej grupy zaliczono Aneczkę i mnie – jest specjalne miejsce. Mamy tam wiktuałów pod dostatkiem – nic tylko próbować! Nim impreza się rozpoczyna pijemy lokalną herbatkę i tradycyjnie piwko pszeniczne. Krahlehenhütte Sulzenalm to niewielki, tradycyjny, drewniany budynek z końca XIX wieku, normalnie, w czasie lata prócz działalności gastronomicznej jedną z izb – dziś przeznaczoną pod imprezę – zajmują krowy. Z resztą czuć to w całej almie J Powoli rozkręca się impreza, coraz więcej gości zajmuje równo wszystkie izby i miejsca na zewnątrz, pogoda jakby trochę odpuściła… Chociaż lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca, prawda? Trwa już chyba z trzecie przemówienie, niestety gwarą. Nie rozumiem ani słowa, ale widać, że wesołe bo towarzystwo cały czas śmieje się i dopowiada przemawiającemu. A występuje dziś nie byle kto bo i sam zastępca starosty Kraju Salzburskiego – Wilfried Haslauer.

_PTR3971-01

_PTR3968-01

_PTR3978-01

_PTR4010-01

Po przemówieniach mała przerwa, wracamy do naszej salki i zamawiamy coś na ząb. Wybór niewielki – na szczęście – bo to impreza ludyczna i podawane są wyłącznie lokalne, tradycyjne potrawy. Ania z ciekawością (- Ciekawe, jak to będzie smakowało…) zamawia krapfen. Dostaje wielkie (tak z cztery raz większe do naszych) pierogi ze szpinakiem i górskim serem (ser żółty, bardzo twardy i aromatyczny). Na dodatek są zrobione z ciasta ni to francuskiego ni naszego, pierogowego. Smażone na głębokim oleju stąd ciężko ustalić. Ale smakowały! Na chwilkę „urywam się” z izby bo na scenę wyszli muzycy z lokalnej kapeli, grający na instrumentach dętych. Wszyscy w tradycyjnych krótkich, skórzanych spodniach. Z resztą sporo gości – mężczyzn –przyszło tak ubranych. Fajnie to wygląda – polar na górze – długie pod kolana, skórzane, wyszywane spodnie na dole. Na dodatek ta tradycyjna moda nie zna wieku ani lat – noszą ją zarówno dzieciaki, młodzi z kolczykami jak i starsi panowie. Z resztą nie tylko panowie ubrali się godnie na ten dzień. Obok nas w izbie siedzi dziennikarska z Salzburga w pięknej biało-niebieskiej sukni. Ania zagaduje o strój, opowiada o lodenowych wyrobach, które oglądaliśmy w Ramsau. Dziewczyna żali się trochę, że taki ludowy strój – mimo, że na lata – to wydatek minimum 250 euro. Cóż, ręczna robota kosztuje.

_PTR4064-01

_PTR3960-01

_PTR4103-01

_PTR4025-01

_PTR4124-02

_PTR4024-01

Na scenie kolejne występy – lokalne zespoły dziecięce prezentują tradycyjne tańce, zaraz po nich starsi panowie pokazują w zasadzie to samo – taniec, w którym wygrywa ten kto najszybciej klapnie się w udo, stopę, łydkę… Wygląda to bardziej jak gimnastyka niż taniec ale się podoba! Coś dla ducha teraz coś dla ciała – zamawiam pierożki krapfen, z nadzieniem mięsnym. Dłuuugo czekamy na swoją kolej, wreszcie lądują z talerzem przede mną. Niebo w gębie! Nadzienie oparte jest chyba o speck bo ma smak mielonego, wędzonego boczku. Pyszne. Postanawiam, że jakimś cudem zdobędę ten przepis. Mógłbym jeść te pierożki codziennie. Widać, że nie tylko my jesteśmy amatorami lokalnych smaków, panie w kuchni uwijają się jak w ukropie. Urywam się na chwilkę Ani i idę do drugiej izby, tej od zapachu obory. Pełna ludzi! Jeden z zespołów postanowił chyba bardziej się zintegrować i wszedł do środka. Chłopcy stoją pomiędzy biesiadnikami, grają, śpiewają. Wszyscy – niezależnie od wieku świetnie się bawią, śpiewają z zespołem, który zagrał chyba jakieś lokalne, ludowe hity – wszyscy znają słowa. Kiedy wychodzę z izby przez otwarte drzwi widzę… armagedon. Niebo ciemno – granatowe. Mija chwilka kiedy z nieba zaczynają lecieć pierwsze kawałeczki lodu. To grad. Zaczyna się solidne gradobicie. Nie decydujemy się na zejście w tej pogodzie na dół, do Filzmoos. Jak niedzielni turyści jedziemy taksówką górską. No co, w końcu dziś niedziela 🙂

_PTR4069-01

_PTR3935-01

Ania&Piotrek