Miał być przegląd moich ulubionych zdjęć z 2017 roku, ale… Będzie, będzie. Po prostu zacząłem je przeglądać i okazało się, że wybór zdominowała Kuba. No i doszedłem do wniosku,  że w pierwszej kolejności pokażę Wam Kubę, a potem inne zdjęcia.

Bo na Kubie w 2017 roku spędziłem dwa miesiące. Nie będę pisał bzdur, że to „moja druga ojczyzna”, „miejsce wspaniałe”, „cudowni ludzie”… Nie będę, bo im więcej czasu tam spędzam tym mocniej polaryzuje mi się podejście do wyspy. Dziś kocham ją chyba tak samo mocno jak nienawidzę. Równie mocno mnie pociąga (mam już bilet na 2018 rok, na miesiąc) jak i odrzuca. Jest między nami pewien rodzaj uzależnienia, uzależnienia heroinisty. Im więcej o niej wiem tym bardziej te wszystkie historie ludzkie i nie tylko błąkają się po moje głowie. Czasem chcę je wyrzucić, zapomnieć, przestać o nich myśleć, o ludziach. O Krystianie, o Hipokratesie, o Onidesie, Marii i Aliusce, o historiach, które wysłuchałem, a które jakoś spłynąć po mnie nie  chcą, nie potrafią.

Pewnie i z innych powodów Kuba, po kilku latach wyjazdów tam, poza utarty, podlany dźwiękami buenavisty i szklankami mojito świat, będzie we mnie już na zawsze. Ale chce coś po tych wyjazdach pozostawić, nie będę zapeszał, mam nadzieję, że się uda, jakoś wczesną jesienią 2018 roku… Śledźcie mnie na Facebooku.

Kto ma ochotę wziąć udział w moich warsztatach fotograficznych na Kubie – zapraszam tutaj

Tymczasem zdjęcia, większość z nich powstała w czasie warsztatów Street Photo w Hawanie i tych z fotografii podróżniczej w różnych miejscach wyspy. Miesiąc spędziłem w Baracoa, bo właśnie tam jest dla mnie centrum kubańskiego wszechświata. Ale zdjęć zrobiłem mało. Za to zapisałem coś ze sto godzin rozmów, i cały notatnik. Akonto najbliższej jesieni.