I znów, jak co roku przyszedł czas podsumowań. Tak jak kiedyś byłem sceptyczny, zastanawiałem się jaki jest sens pisać je, tak dziś wiem, że warto. 

Oj, nie, nie po to by wpadać w samozachwyt, nie po to by się chwalić. Od jakiegoś czasu te podsumowania są dla mnie spojrzeniem w to co było, porównaniem rok do roku tego co robię, oceną i jakąś formą terapii – utwierdzaniu się w przekonaniu, że podjęte blisko 10 lat temu wybory miały sens. Bo miały (bo miały, bo miały, bo miały). Tytuł wpisu brzmi dość monotematycznie – ostatnio na blogu sporo było kubańskich klimatów –  ale faktycznie w minionym roku Kuba miała dla mnie największe znaczenia. Poprowadziłem dwa bloki warsztatowe, spędziłem na wyspie dwa miesiące i w końcu zarysowałem sobie formę, w jakiej chcę te kubańskie peregrynacje puścić dalej, w świat. Do Was. Będą więc książki, ale o tym dopiero za jakiś czas. Bo oczywiście, jak to w życiu bywa, wszystko co zaplanowane na pewno zmieni się szybciej niż komukolwiek się wydaje. I u mnie się zmieniło. No więc, po kolei… 

Styczeń był zimny. Tak zimny, że moja wierna, czterokołowa Madzia powiedziała STOP. Odpalanie samochodu zajęło pół dnia. Nie dziwię się. W końcu kazałem jej stać na 35 stopniowym mrozie! Bo właśnie takie warunki były w czasie 2. Pleneru z Fotografem w Podróży, który prowadziłem na szeroko rozumianym Podhalu. Były więc siarczysto – mroźne wschody słońca i przeganiające z fotograficznych miejscówek zachody. Nigdy wcześniej i nigdy później nie było już takich pierońskich mrozów w czasie zdjęć! Nie mówię hop! W końcu mamy kolejny styczeń… 


Pakowałem sprzęt, plecak i gotowałem się na wyjazd na Kubę, a w międzyczasie pracowałem ze Zbyszkiem Rokitą nad materiałem do Polityki. Tak zaczął się marzec. W tym roku opublikowałem co nieco, ale ten materiał był szczególnie ważny. Nie dlatego, że w Polityce, to też. Ale dlatego, że Zbyszek napisał świetny tekst o czymś, co dla jednych może być historyczną ciekawostką, zaś dla innych jest znakiem czasu – stemplem nietolerancji, który obija teraz wszystko i wszystkich, którzy wg. jedynego słusznego toku myślenia jest “niepolskie”. Nie, to nie jest tekst polityczny, bynajmniej. To tekst o czymś, o czym już powoli zapominamy: o pamięci przodków, kulturze narodu i tolerancji. Kto jeszcze nie miał okazji – tekst można przeczytać tutaj. Materiał ilustrują fotografie mojego autorstwa, część możecie zobaczyć tutaj.  

Od marca do maja, przez dwa miesiące przebywałem na Kubie. Prowadziłem warsztaty fotograficzne, ale przede wszystkim zbierałem materiały do książek, dwóch książek. Fotograficzne plony wyjazdów możecie zobaczyć tutaj, poniżej. Zaś książki – na razie cicho sza. Jak tylko będę wiedział co, jak i kiedy – dam znać. 

Cóż, pisałem, że rok kubański? No to kolejny dowód, że piętno wyspy ciągnęło się za mną cały rok… Wróciłem z Kuby i dowiedziałem się, że moje zdjęcie, kubańskie oczywiście, dostało się do ścisłego finału prestiżowego konkursu fotografii prasowej Grand Press Photo. Nie, nie wygrałem, zdjęcie zostało wyróżnione, możecie je oglądać na wystawie (do końca stycznia na wrocławskim lotnisku) i w albumie, który został wydany z okazji konkursu. To już drugie wyróżnienie w Grand Press Photo. Dumny! 

Dałem się namówić na wyjazd do Rumunii. To był wyjazd mocno sentymentalny, bo ostatnio w tej części kraju byłem 12 lat temu, dokładnie w tym samym czasie… W czerwcu błąkałem się więc z aparatem po Maramureszu i Bukowinie, odwiedzałem ponownie te same miejsca, sprawdzałem co się zmieniło. Kilkanaście dni minęło jak z bicza trzasnął, a w w mojej głowie pozostało przekonanie, że muszę Was tu kiedyś zabrać, na moje, rumuńskie ścieżki. 

W lipcu, po pierwsze, ruszyłem ze współpracą z EIZO Polska, czego efektem jest m.in. program “Pogotowie Lightroom”, który tworzę na platformę YouTube. Kto ciekaw – niech klika poniżej. 

…A po drugie znów byłem na Islandii. Jak to w lipcu, prowadziłem warsztaty fotograficzne.  W czasie wyjazdu wpadłem na pewien pomysł, którego realizacja zaowocowała taką oto galerią. Kto nie widział – niech klika. Islandia u mych stóp 🙂  Kto ma ochotę pojechać ze mną w tym roku – są jeszcze ostatnie, wolne miejsca – tutaj. 

I w końcu wrzesień. Wymodlony, wymarzony, wyczekany. A to dlatego, że światło dziennie ujrzała książka “Ja, pustelnik. Autobiografia” czyli biografia himalaisty Piotra Pustelnika, którą miałem okazję współtworzyć. Z Piotrem znamy się od wielu, wielu lat, ale ostatnie trzy spędziliśmy bardzo intensywnie, rozmawiając o życiu, górach i cenie sukcesu, cenie pasji. Opasłe tomisko, bogato ilustrowane postanowiło wydać Wydawnictwo Literackie. Dziś, bo trzech miesiąca, po dwóch dodrukach wiem, że nasza praca bardzo się podoba. I jest mi z tego powodu bardzo miło. Na dodatek wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują, że to początek mojej drogi z Literackim. Trzymajcie kciuki. 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wziął sobie na głowę więcej niż jestem w stanie unieść. Cały ja 🙂 Bo spotkania autorskie, festiwale, gdzie opowiadamy o książce, rozdajemy autografy, do tego warsztaty i plenery, a ja przecież zaraz, w październiku jadę w Himalaje! No więc był pierwszy kurs Lightrooma w warszawskiej Galerii EIZO, na świetnych monitorach, z kalibracją i w ogóle. Udał się przednio. 

A zaraz po nim ruszyłem w plener, kolejny z “Fotografem w Podróży” czyli cykl plenerów, gdzie prócz fotografowania szkolimy się z edycji zdjęć, pracy nad tematem, przeglądamy portfolio. Tym razem miejsce wybrałem nieco inne – Góry Stołowe i okolice. Sprawdzona ekipa, świetna pogoda i dobre humory – efekt poniżej. Ponowie gratulacje dla wszystkich uczestników! 

I koniec końców wsiadałem w samolot i ekipą kursowiczów poleciałem do Nepalu. Zadanie było następujące: dotrzeć do Jharkot, do Szkoły na końcu świata, przygotować zdjęcia, filmik, materiał. Zadanie się udało, w Mustangu spędziliśmy mnóstwo czasu, wędrując i fotografując. A przede wszystkim pracując z dzieciakami z przyklasztornej, buddyjskiej szkoły. Takie wyjazdu lubię najbardziej! Efekty będą ba blogu już w styczniu – lutym.

Długo w Polsce nie posiedziałem. Koniec roku, grudzień, z przytupem, postanowiłem zakończyć na Sri Lance, do której wróciłem po kilku latach przerwy. Tym razem znów z ekipą i znów z okazji warsztatów fotograficznych. Sprawdzone miejsca okazały się trafione – mimo słabej pogody udało nam się fotografować wszędzie tam gdzie planowaliśmy, szlifując technikę. Sri Lankę uwielbiam za spokój, który tam znajduję. Może i w tym roku tutaj wrócę?

 

Na koniec zrobiłem też małe podsumowanie Instagrama… Cóż, 11 zdjęć, ale to jakich! 😉 A na poważnie – w 2018 roku będzie więcej, śledźcie mnie tutaj, a ja obiecuję rewanż w postaci dobrych zdjęć. 

A gdyby ktoś jakimś trafem przeoczył moje wpisy z 2017 roku – oto ranking tych najpopularniejszych. Zapraszam.

 To koniec, tylko tyle, Aż tyle? Sam nie wiem. Dużo, intensywnie. Już nie będę udawał i krygował, że teraz będzie mniej, że więcej czasu spędzę w domu. W 2017 roku na wyjazdach fotograficznych spędziłem ponad 120 dni. Trzy miesiące, nie tak źle. W roku 2018 szykuje się podobny wynik, ale też nieco inne wydarzenia, które zmuszą mnie do spędzenia większej ilości czasu na miejscu. 

Bo uwaga, uwaga: w końcu zabieram się za mój kanał na YouTube! Będą więc filmy, poradniki, relacje. Obiecuję. Kto nie chce przegapić – nie kliknie tutaj

I koniecznie, koniecznie, zapraszam do Newslettera. W 2018 roku pojawią się ekstrasy, wyłącznie dla subskrybentów.