Trójpodział, złoty podział, mocne punkty, poziomy horyzont w 1/3 wysokości, linie prowadzące, ostrzenie hiperfokalne, rozmycie tła w portrecie, ostrzenie na oko bliżej fotografa itp., itd. – fotografią rządzi mnóstwo zasad. I wszystko jest dobrze do momentu gdy ktoś spróbuję którąś z zasad złamać…

Pewnie wiecie, że od jakiegoś czasu prowadzę, a precyzyjniej – współmoderuje grupę „Fotografowanie w podróży” na Facebooku, jest nas ponad 4000 osób. Część z nas obserwuje, część komentuje, część wrzuca zdjęcia, a część robi wszystko naraz. Uczymy się jak robić zdjęcia budzące emocje. W grupie jest mnóstwo osób, które potrafią komentować zdjęcia tak, że autor (ale i obserwujący) wyciągają z komentarza praktyczne wnioski: wiadomo co jest dobrze, co źle, dlaczego tak, a nie inaczej. Subiektywnie, ale z poparciem argumentów. Czasem dołączam się do dyskusji, najczęściej jednak staram się ją moderować, próbując od tych, którzy komentują w stylu „piękne”, „wow” czy zwykłe „świetne zdjęcie” wyciągnąć coś więcej. Dowiedzieć się dlaczego świetne, co sprawiło – który element zdjęcia – że opinia jest taka, a nie inna. W większości przypadków udaje się. I jestem całkowicie przekonany, że wówczas wiedza przekazywana jest jeszcze lepiej, jeszcze pełniej, utrwalana. O to mi chodzi. Oglądanie dobrych zdjęć i umiejętność syntetycznej analizy wad i zalet tychże to świetna metoda by rozwijać się fotograficznie.

Czasem pojawiają się zdjęcia, które albo nie budzą żadnych emocji (a szkoda, bo często są to dobre prace), albo kwitowane są prostym komentarzem, który w dosadnie podsumowuje fotografię, zabierając innym chęć do dalszej dyskusji.

Tak właśnie było tym razem, ale zdjęcie jak i sama dyskusja spodobały mi się do tego stopnia, że postanowiłem nieco więcej o tym napisać.

Marta opublikowała fotografię. Niby nic, plaża, morze, parawan z rysunkiem statku, dwie osoby się fotografują.

Marta_Romaniecka

Fot. Marta Romaniecka

 

Pierwszy komentarz napisał Artur – „Przede wszystkim krzywo”. Miał na myśli krzywy horyzont, który w rzeczywistości był raczej prosty, poziomy. I według Artura taki zostać powinien. 

Na moje pytanie „Co w związku z tym?” dał odpowiedź: – „A to, że ta krzywizna nic nie wnosi. Oczywiście można dorabiać interpretację. Chyba, że to artyzm, a ja się nie znam”.

Dyskusja się rozwinęła, dołączyły inne osoby, komentując, że „nie wiadomo co autorka chciała pokazać na tym zdjęciu” i „że zerowy odbiór świadczy o tym, że zdjęcie nie porusza”. W końcu autorka napisała o motywacji, którą kierowała się w czasie fotografowania: “Siedząc na kocu na plaży uchwyciłam chwilę, gdy jedna pani drugiej pani robiła fajne zdjęcie. Nic nie chciałam przekazać poza beztroską Iata, takie wakacyjne zdjęcie po prostu”. Cóż, nie wiadomo czy widziała czy też nie widziała tego co udało jej się sfotografować, jak potraktowała horyzont, jak potraktowała relację pomiędzy elementami zdjęcia, piony… Ale o tym za chwilę. 

Ta dyskusja postawiła więcej pytań niż dała odpowiedzi. Weźmy taki horyzont, czy musi być prosty? A jeśli nie musi to dlaczego? Cóż, w kanonie fotografii krajobrazowej musi, i to  bardzo precyzyjnie. Morze nie może się wylewać, góry nie mogą się walić na bok, łąki zrzucać owiec poza krawędź kadru. W końcu człowiek widzi horyzont prostym (w ogromnej większości przypadków). Prosty horyzont wnosi harmonię, uspokaja kadr. Tnąc w 1/3 wysokości u góry lub podobnie u dołu, dopełniony prawidłowo zbudowanymi planami: pierwszym, drugim, trzecim – jest idealnym elementem fotografii, którą możemy nazwać: klasycznie piękną.

Tyle, że nie zawsze musi tak być. Bo chociaż to frazes – zasady (fotografii) są po to by je łamać. Ale musi być spełniony jeden warunek. Tylko jeden. Fotograf musi wiedzieć po co łamie ową zasadę. I musi umieć to uzasadnić.

Zerknijmy na prace mistrzów:

 

Phuket, Thailand 1989 Henri Cartier-Bresson

Post udostępniony przez Henri Cartier-Bresson (@_henricartierbresson)

 

Photo by one of our instructors – Polish photographer Tomasz Tomaszewski

Post udostępniony przez International Photo Workshop (@internationalphotoworkshop)

Co łączy te wszystkie zdjęcia? Oczywiście… krzywy horyzont. Co jeszcze? Postaci. Są pionowo, wyprostowane (w zasadzie na każdym z powyższych zdjęć). Co dzieli? Fakt, że na jednych zdjęciach jest bardziej widoczny, na innych kryje go struktura linii budynków. Co jest wspólnym mianownikiem powyższych zdjęć? Co sprawia, że patrząc na nie dość swobodnie możemy wrzucić je do „jednego worka”. Dynamika. I tu dochodzimy do sedna. Dynamika uzasadnia krzywienie horyzontu. Fotografie, na których powstają linie przekątne, słynne już „trójkąty”, dzielące pod kątem plany zdjęcia sprawiają wrażenie bardziej dynamicznych. Wprowadzają pewną dozę niepokoju. Takie kadrowanie, w połączeniu z dynamiką samej sceny pozwala nam stworzyć ciekawsze dla oka kompozycje. 

Nie oszukujmy się – fotografia to wizualne oszustwo. Na niewielkim prostokąciku oglądamy kawałek świata, wyrwany z rzeczywistości. Oko fotografa wybiera kadr, „ustawia” go tak jak czuje, jak chce pokazać. Inny fotograf stojący obok, widzący to samo – zapisuje scenę nieco inaczej. Podkreśla lub tonizuję dynamikę. Akcentuje (mocne punktu, punkt ostrości, głębia ostrości, kolor na pierwszym planie, bohater zdjęcia) to na czym mu zależy. W końcu krzywi horyzont. „Tak, to prawda, to wszystko się zdarzyło, tak, byłem tam, widziałem, sfotografowałem. Nie ustawiałem ludzi, świateł i nie kazałem im odtwarzać studyjnych scenek” – mówi.  Wie co robi, po co to robi. Zakładając, że jest świadom tego co widzi, ma warsztat i pomysł.

Purystom to się nie spodoba, tym, którzy mają problem z wyłamaniem się poza schemat utartych metod budowania poprawnego kadru – także. Ale to piękne w każde ze sztuk wizualnych, w ogóle w każdej z dziedzin ludzkiej twórczości, że zasady można łamać, granice przekraczać, ramy rozsadzać. Ważne by robić to świadomie, mając jakąś ideę przyświecającą wizualnej rebelii. 

I tyle. Tu można zakończyć dyskusję. Bo właśnie pochylenie horyzontu, pochylenie drugiego horyzontu na obrazku z parawanu (parawan…. no cóż, przynajmniej raz się przydał!) wraz z dość swobodną postawą osoby fotografowanej i pionami słupka parawanu i osoby fotografa budują dynamikę  zdjęcia, nad którym dyskutujemy. Skupmy się jeszcze nad treścią zdjęcia: „płynący statek”, pani w kurtce puchowej (w lecie…), fotografowana osoba stojąca na jednej ręce, tak jakby ten lecący horyzont miał ją za chwilę przechylić, przewrócić, do tego idylliczna wręcz, pusta plaża z chmurami na obrazku i na niebie. Absurd. Martin Parr byłby zadowolony, zdjęcie dość dobrze pasowałoby do jego „plażowej” serii „Life’s a beach”. Pytanie: czy autorka widziała to, co powyżej rozłożyłem na czynniki pierwsze? Nie widziała, ale teraz widzi. Teraz wie i – mam nadzieję – rozumie. A ja mam satysfakcję i kolejny dowód na to, że grupa “Fotografowanie w podróży” ma sens. 

Wizualne rewolucje nie zawsze budzą zachwyt. Wspomniany tu Parr nie od razu rozkochał w sobie tłumy. Ba, nawet dziś, gdy kilkadziesiąt lat fotografowania i oryginalna wizja spojrzenia na świat ma zagorzałych fanów i uznanie międzynarodowej krytyki zdjęcia Parr’a budzą u co niektórych mieszane uczucia. Szczególnie u tych, którzy widzą wyłącznie jedną rolę fotografii: estetyzującą. Pokazującą więcej piękna niż w rzeczywistości. 133% cukru w cukrze. Bogu dzięki aparat można skierować w różne strony świata, a w oko wizjera mogą patrzeć osoby o różnej wrażliwości, inteligencji, większym lub mniejszym poczuciu humoru. Każdy z nas może to zrobić. I każdy z nas może w efekcie swej fotograficznej pracy wyłuskać z karty pamięci różne fotografie. Te estetyzujące też, ale także te, które są inne, wymykają się z kanonów zasad, wydeptują nowe ścieżki wizualnej wrażliwości.

Jest z tym tylko jeden problem. Serwisy społecznościowe – współczesne galerie sztuki, popularne i łatwe w dostępie „za jeden klik” –  zalewa fala fotografii estetyzującej. Takiej z efektem „wow” – tak pięknej, że aż nierealnej. Bajecznej. Owa fala podlewana jest stosowną krytyką, wynoszona na piedestał sztuki fotograficznej zdjęcia marne lub przeciętne, a w najlepszym wypadku wtórne. Za to “piękne”. Najlepiej widać to w opiniach o zdjęciach konkursowych, które miast metodą vox populi zostały wybrane przez jury. A jury jak to jury, „wiadomo, że się nie zna”.

We wspomnianej fali giną więc fotografie bardzo dobre i świetne, giną też te ważne, które muszą mieć opis, bo w takim duecie tworzą dzieło kompletne. Kompletnie ważne. To znak czasów i temat, który wymagałby osobnych rozważań, na inną okazję. Przy tej okazji napiszę jedynie tyle: niech estetyzująca fotografia istnieje, niech będzie. Czemu nie? Każdy rodzaj fotografii ma w końcu swoją funkcję, cel; miejsce w przestrzeni. Niech będą jednak obok niej miejsca, w których można spotkać prace fotografów patrzących inaczej. Dla których aparat to pretekst do poszukiwania. I wyzwanie.

ps. w tytule widnieje dopisek – Część I. Tak, będzie więcej, będą kolejne wpisy o tym po co są zasady i o tym jak je łamać. Dzięki, Artur, za inspirację! 

 

 

  • Elzbieta Targonska

    Powiem krótko – dobrze napisane i inspirujące. Grupa FwP ma sens ! Merci !