Wydaje mi się, że odnaleźliśmy nasze austriackie miejsce na ziemi. Wprawdzie przed nami jeszcze dobre dwa tygodnie wędrówek, ale…

Ania uwielbia morze, pływanie, nurkowanie, rowery i narty… Ja uwielbiam to samo, plaże nieco mniej. Do tego dorzucę jeszcze góry, w które chodzić po prostu lubię i bieganie. Natomiast Ania góry lubi, ale zimą. Za bieganiem nie przepada. To w wielkim skrócie komplet naszych aktywności na świeżym powietrzu. Dużo wspólnego – na szczęście! Ale dotychczas temat górski nieco nas różnił. Aż do dzisiaj… Ale po kolei. Piątkowy poranek przywitał nas słonkiem i chłodem.

Mapa odwiedzonych miejsc, każdego dnia będziemy ją uzupełniać o nowe pozycje.

W planach mieliśmy przebycie jednego odcinka Millstätter See Alpine Trail. To długi na 200 km szlak górski, poprowadzony najbardziej malowniczymi wierzchowinami, szczytami i grzbietami gór otaczających jezioro Millstatter See. Trasę podzielono na osiem sekcji i zaprojektowano tak, żeby prowadziła od jednego schroniska (hütte) i zajęła ok. 2 tygodni marszu. Każdy z odcinków można przejść zarówno w jednym ciągu jak i etapami, te odznaczają się różną trudnością, tak, że każdy może wybrać sobie trasę dla siebie. Nie ma też problemu z wyborem tras do wędrowania z dziećmi, stąd niektóre odcinki mają prawdziwie rodzinny charakter. Nas zaproszono na drugi odcinek szlaku „Garnet – Firestone of love” czyli po polsku „Granat – ognisty kamień miłości”. Dziwny wybór, skoro za przewodnika znów służyła Michaela 🙂

_PTR2673-01

Nic to jednak. Ruszyliśmy busem, który podrzucił nas z wysokości 600 m, na której znajduje się jezioro do Schwaigerhütte, ostatniego schroniska, do którego można podjechać, położonego na 1620 metrach n.p.m. Dalej pieszo. Był chłodny i rześki poranek, niewiele po godz.9.00. Po półgodzinie marszu dotarliśmy do pierwszego schroniska, położonego na 1800 metrach – Alexanderhütte. Określenie schronisko jest tu trochę nie na miejscu, ale ciężko nazwać coś, czego w Polsce nie uda nam się spotkać w górach – górskiego gospodarstwa, w którym hoduje się świnie, pasie krowy, wyrabia sery i jednocześnie prowadzi schronisko dla wędrujących po górach, serwujące przez cały dzień świetną kuchnię.

_PTR2645-01

_PTR2636-01

A propos zwierząt – Ania od razu zainteresowała się różowymi świnkami w zagrodzie (były śliczne, to prawda, chociaż ja przed oczami miałem speck 🙂 ), ale zawsze miała dobre serce… Przetestowaliśmy zestaw atrakcji dla dzieci i ruszyliśmy dalej, obserwując wylegujące się na górskich łąkach krowy. Byliśmy już powyżej piętra lasu, przed naszymi oczami rozpościerało się piętro łąk i połonin, skądinąd uderzająco podobne do naszych bieszczadzkich. Kiedy tak szedłem i od czasu do czasu gapiłem się na krowy przypomniałem sobie zajęcia z geografii rolnictwa, w czasie których prowadzący wygłosił słynną potem na całym wydziale sentencję „W Holandii żyją szczęśliwe krowy, które dają zdrowe mleko”. Cóż, chciałbym ogłosić publicznie, że nad Millstätter See austriackie krowy są o niebo szczęśliwsze, bo mają widok, który zapiera dech w piersiach! Kiedy przechodziliśmy obok, wielkie zwierzaki gapiły się ze spokojem przed siebie, leniwie żując co nieco. Co za życie! Bez podatków…

_PTR2718-01

_PTR2745-01

_PTR2733-01

Im wyżej tym trasa robiła się bardziej kręta, aż w końcu zaczęła przypominać wąską, dość głęboką rynnę. Obok ścieżki od czasu do czasu pojawiają się dziwne instalacje, w postaci wielkich, drewnianych foteli czy drewnianych „smoków” „ziejących” wodą. Totalna abstrakcja. Gdy dochodzimy do Millstaterhütte, kolejnego schroniska na szlaku, na niebie zaczynają się niepokojące zjawiska. Cały masyw powoli chował się pod szarą pierzyną z chmur. Przyspieszyliśmy, bo do kolejnego schroniska mieliśmy ok. 2 godziny marszu. Na szczęście z wielkiej chmury nic nie spadło. Idąc płaskim grzbietem w zasadzie cały czas gapiliśmy się się się na leżące 1500 metrów niżej jezioro, zalesione szczyty na południu i pasmo trzytysięczników, zatopionych w chmurach, znajdujących się jeszcze dalej. Idąc grzbietem, powyżej 2 000 m n.p.m. przekraczaliśmy kolejne rumowiska skalne, podmokłe jeziorka, a dokładnie dookoła rozciągała się nieco zachmurzona ale piękna panorama Alp.

_PTR2726-01

Na południu Michaela pokazała nam na horyzoncie miejsce, w którym zbiegają się granice: słoweńska i włoska. Niepewna pogoda zapewne nieco odstraszała, bo po drodze spotykamy jedynie kilka wędrujących par. Aż do słynnej „Granatowej Bramy” – stalowej konstrukcji wypełnionej odłamkami skał z granatami, tutaj pojawiło się więcej osób bo to lokalna atrakcja i świetny punkt widokowy. Minerały występują tu, na potęgę, w zasadzie każdy może sobie je odnaleźć w dowolnym kawałku skały. Kiedyś przez pasmo Millstat Alps, którym wędrowaliśmy, maszerowali pracownicy zlokalizowanych tu kopalni granatu, dziś łatwo można spotkać domorosłych geologów, którzy z młoteczkami przeszukują skalne rumowiska w poszukiwaniu największych okazów „kamienia miłości”. Minąwszy „Garnet Gate” ruszyliśmy w dół, trasa wiła się potężnie, ale my wybraliśmy nieco szybszy, bardziej stromy wariant. Ok. 14.00 dotarliśmy do ostatniego schroniska na szlaku – Lammersdorfer Hütte, tutaj czekał nas lunch. Z dość obszernej karty Michaela zaproponowała nam lokalne dania. Ania wybrała wersję wegetariańską (notabene austriackie restauracje i schroniska oferują sporo dać dla wegetarian, mimo, że kraj jest wybitnie „mięsny”) – dostaje wielką pajdę lokalnie wypiekanego, ciemnego chleba z kilkoma rodzajami sera, przygotowywanymi na miejscu. Dla mnie przygotowano gorącą patelnię smażonego specku, z jajkiem i żółtym serem. To była prawdziwa bomba kaloryczna. I dobrze, bo takie danie, spożywane na śniadanie, w zamierzchłych czasach musiało wystarczyć rolnikom na cały dzień. Do tego tradycyjnie już piwo pszeniczne w wersji „dunkel”. Michaela wybrała wersję „light” – bez sera.

_PTR2767-01

_PTR2834-01

_PTR2847-01

Siedząc na tarasie schroniska podglądaliśmy krowy, te leniwie gryzły trawę, wpatrywały się w jezioro i pewnie dumały jaki tu mają szczęśliwy żywot. Kiedy dyskusja zeszła na temat trasy, Michaela przyznała nam się, że była zaskoczona jak sprawnie i szybko pokonaliśmy ten 13 – kilometrowy odcinek szlaku. Cóż, nie doceniła piechurów z Polski. A Ania? Bardzo jej się podobała wędrówka, zwłaszcza, że z jej kondycją i sprawnością był to po prostu spacer. Uśmiechnięta od ucha do ucha zajadała swoje pyszne serki, popijać zimnym „dunkelem”. Cóż, pierwszy sukces już mam. Za kilka dni kolejne, nieco trudniejsze wyzwanie. Trzymajcie kciuki!

Ania&Piotrek