Do Senegalu trafiłem po kilku tygodniach tułaczki w Mali. Otrząsnąłem czerwony, wszędobylski pustynny pył i z mocnym postanowieniem nie ruszania się poza wybrzeże dotarłem do Dakaru.

Z Dakarem miałem wyłącznie dwa skojarzenia: rajd i muzyka. Ten ostatni właśnie miał się kończyć, na plaży niedaleko Saint-Louis, lada dzień mieli pojawić się zwycięzcy i zwyciężeni. Nie pojawili. Pierwszy raz w trzydziestoletniej historii rajd odwołano. Zagrożenie terrorystyczne w Mauretanii skutecznie zniechęciło organizatorów by podjąć ryzyko.

Saint-Luis, pełne pysznych, kolorowych ścian, kolonialne, przypominające klimatem hiszpańskie miasta w Ameryce Łacińskiej, z wielką plażą wyścieloną kolorowymi łodziami rybaków to senegalska perła. Dakar jest bardziej „muzycznym” miastem niż niejedna europejska stolica, to świetne miejsce wypadowe do zwiedzania wybrzeża. Na południe od Dakaru rozpoczyna się coś, co Senegalczycy dumnie – lecz trochę na wyrost – nazywają Côte d’Azur – lazurowym wybrzeżem, z piaszczystymi plażami, palmami i hotelowym zagłębiem. Trochę wbrew sobie postanowiłem tam pojechać, na południe, na plażę, do hotelu. Odpocząć. Potrzebowałem tego. Dotarłem do Saly Portudal „senegalskiej Ibizy” a potem uciekłem jeszcze dalej na południe. Do niewielkiej wioski, położonej kilkadziesiąt kilometrów przed deltą Sine Saloum. W wiosce miał być kemping, niewielki, z bungalowami. Kierowca  rozklekotanego, towarowego peugeota wyrzucił mnie na środku rozgrzanej do czerwoności, piaszczystej drogi i ręką wskazał kierunek. Kilkanaście minut marszu pomiędzy monstrualnymi baobabami i byłem na miejscu. Byłem jedynym gościem, cała plaża była dla mnie. Ale szybko okazało się, że nie do końca.

Pierwszego zobaczyłem po mniej więcej 30 minutach, gdy z zimnym piwem zasiadłem na hamaku. Był wysportowany, niezbyt wysoki, mocno umięśniony, miał na głowie… czarną, wełnianą czapkę. Przebiegł w dość szybkim tempie wzdłuż plaży. Było pewnie z 35 stopni, pomyślałem więc, że mam przewidzenia. Po kolejnych 30 minutach pojawił się kolejny. W niebieskim, damskim trykociku w „serek”,  biegł w tym samym kierunku wykonując nogami „piłkarskie zwody”. Kiedy po kwadransie plażę przeciął kolejny, w zimowej czapce i czarnych dresach, a to przyspieszając jak do sprintu, a to przystając robiąc pompki nie wytrzymałem i ruszyłem powoli w poszukiwaniu rozwiązania tej dziwnej zagadki.

Po niespełna kilometrze dotarłem do położonej na uboczu plaży. Na piasku, ubrani w krótkie spodenki siłowali się zapaśnicy. Dosiadłem się, obserwowałem. Czarna skóra lśniła potem, kilku, już wyraźnie zmęczonych siedziało na piasku ciężko oddychając. Co jakiś czas podnosili się, stawali naprzeciwko siebie, pochyleni. Atak, klincz, rzut. Piasek lata dookoła. Ktoś leży, ktoś się podnosi. I znów.

Przed wyjazdem czytałem o afrykańskim Mike’u Tyson’ie – Mohamedzie Ndao, czołowym senegalskim zapaśniku, trenującym laamb, zapasy, lub „walkę” – co w języku Wolof znaczy to słowo. Dyscyplina wywodzi się z tysiącletniej tradycji, kiedy to w okresie dobrych zbiorów, gdy sucha, afrykańska ziemia wreszcie dawała obfite plony, młodzi mężczyźni zbierali się na okrągłym, piaszczystym ringu w środku wsi by w walce pokazać swoją siłę i prócz chwały zdobyć serce wybranej kobiety. Dziś zapewne dalej chodzi o kobiety, ale bardziej o chwałę i pieniądze. Zapaśnicy dla sprawności ciała poświęcają długie godziny na treningi, poddając się najbardziej ekstremalnemu wysiłkowi. A że Afryka przepełniona jest tradycją i animistyczną wiarą walki zawsze poprzedzane są długim rytuałem z wykorzystaniem elementów czarnej magii. Najwięksi wojownicy mogą się też cieszyć udziałem w przygotowującym do walki ceremoniale griotów – wędrownych śpiewaków i filozofów, którzy potem jak kraj długi i szeroki rozsławiają imię najbardziej walecznego. Dudnią więc wielkie tam-tamy, ludzie tańczą i śpiewają,  ring szczelnie otaczają mieszkańcy wszystkich okolicznych wsi. Wszystko trwa dobre kilka godzin, bo walka to zawsze wielkie wydarzenie. Zasady są proste – trzeba przeciwnika bądź to wypchnąć za ring bądź przewrócić tak, aby wszystkie cztery kończyny dotknęły ziemi. Sama walka trwa od kilkudziesięciu sekund do kilku minut.

Jak powstało to zdjęcie? Sport to emocje, starałem się je pokazać, ale szybko się okazało, że te krótkie spięcia, szybkie rzuty świetnie nadają się do zbudowania dość geometrycznych kompozycji, w których postaci, ułożone w wieloplanie idealnie wyglądają gdy nada im się nieco teatralnego charakteru. Doszedłem do wniosku, że dość statyczne ujęcia będą ciekawsze niż próba zapisania dynamiki. Skupiłem się więc na wyłapaniu ładnych kompozycji „z zapaśników”.
Używałem zooma 24-85, przysłony ok. f/6.3, ISO 200, starając się dobrać czas tak by zdjęcia były ostre, ale ruch nieco rozmyty. Reagowałem na światło – słońce było coraz niżej, z czasem robiło się ciemniej, kontrolowałem więc by czas naświetlania nie wydłużył się zbytnio. Zdecydowałem się na dwa główne kadry – pod światło, ze świadomością, że uzyskam „konturówki”, i drugi, próbując w jakiś sposób zrezygnować z pokazywania tego co poza piaskiem – drzew, zabudowań. Udało się to połowicznie. Niestety to nie teatr, nie miałem wpływu na to jak zapaśnicy będą „krążyć” po tym plażowym ringu.
Z ok. 100 zdjęć wybrałem 6, ale podoba mi się to jedno. 

 

Trening młodych zapaśników obserwowałem dobre dwie godziny. Co chwilę ktoś lądował na pisku. Leżał chwilę albo szybko się podnosił by z jeszcze większą energią oddać się kolejnej walce. I tak w kółko. Próbowałem zagadać, łamaną angielszczyzną ktoś chciał opowiedzieć mi wytłumaczyć. Zrozumiałem jedno – celem każdego siłacza jest ring Dakaru, gdzie od lat 90-tych ubiegłego wieku zapasy zdobywają wielką popularność  – graniczącą z szaleństwem fanów. Walki, w których stawki za wygraną sięgają nawet 120 tys USD stały się jedną z największych – po nocnych klubach z muzyką na żywo – atrakcją turystyczną miasta. Ci wiejscy zapaśnicy marzyli wyłącznie o tym. By kiedyś stanąć na ringu przed kilkutysięczną publicznością i zwyciężyć. Żeby ktoś pokazał ich twarz na plakatach, w gazetach i relacjach telewizyjnych. By wyrwać się, być kimś.

Walczyli do zmroku. Gdy się rozchodziliśmy zapytałem kiedy znów planują trening.

– Przyjdź jutro – padła odpowiedź. – Albo pojutrze, kiedy chcesz. Jesteśmy tu codziennie.

Zobacz też reportaż The New York Timnes z senegalskim laamb: