Są dwa takie miejsca, do których wracam by zmierzyć się z krajobrazem: Islandia i Patagonia.

Paradoksalnie – są do siebie podobne. W każdym z nich czuję to samo, analogiczna myśl przebiega mi przez głowę: ależ to niesamowicie wygląda! Łączy je właśnie ta niesamowitość, coś, czego nie można porównać z żadnym innym miejscem świata. Bo z ręką na sercu powiem, że krajobrazowe analogię w świecie znaleźć łatwo, ale nie dotyczy to wymienionych miejsc.

Są więc unikalne i unikatowe. To je łączy, i koszty je łączą, wysokie. Drogo tam, niestety. Dzieli je dostęp i sposób, w jaki zasadza się człowiek z aparatem. Islandia… cóż, na upartego da się fotografować z samochodu, kilkadziesiąt metrów od wygodnego parkingu. Albo w czasie krótkiej wycieczki. Wyzwania zaczynają się w interiorze. Jak jest w Patagonii? Tu już trzeba zachodu, kilometrów marszu, kilometrów dojazdu. W Islandii, latem, da się ogarnąć dwie – trzy miejscówki w czasie jednej „złotej godziny”. W Patagonii? Dwie, podobnie, ale na cały dzień.

W lutym byliśmy na drugiej już fotowyprawie w Patagonii, przedreptaliśmy ze dwie setki kilometrów – w szczytowym momencie ponad trzydzieści jednego dnia. Wędrowaliśmy od miejscówki do miejscówki, modląc się o światło, o pogodę. Wymodliliśmy. Nigdy wcześniej nie miałem tak oddanej pogody jak ostatnio! Odwiedziliśmy i Fitz Roya, Cerro Torre jak i słynne Torrres del Paine. Ziemię Ognistą z jej Końcem Świat i kolonie pingwinów. Ekipa było mocno PRO – tak samo fotograficznie jak i trekkingowo, co cieszy.

Nie ma co za dużo pisać. Niech zdjęcia opowiedzą swoje własne historie.  A kolejna fotowyprawa do Patagonii? Niedługo, najlepiej zapisać się do newslettera i śledzić. Dam znać.