W „azjatyckich tygrysach” lubię anonimowość. No cóż, statystyk nie da się oszukać. Nawet ze swoją białą skórą, dość jasnymi włosami, słowiańskim wyrazem twarzy, jednym metrem i osiemdziesięcioma centymetrami wzrostu i z osiemdziesięcioma kilogramami żywej wagi udaje mi się zgubić, zniknąć, zaniknąć w azjatyckim tłumie. W masie ludzi. Pstryk. Nie ma mnie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, nikt nie pyta co robię, po co, i dlaczego tu stoję. Nikt nie dziwi się, że fotografuję. Idę, wsiadam w tuktuka, taksówkę, kolejkę, na prom. Nikogo to nie interesuje. Wystaję za rogiem, idę przez bazar. Dalej nikt nie pyta, nikt nie zaczepia. Przed oczami mam morze ludzie. Fala za falą. Idą, zapatrzeni w swoje własne myśli, zagadani przez komórki. Zapatrzeni w troski, radości, smutki i problemy. Jak to ludzie. Przepraszam – mogę ci zrobić zdjęcie? Nawet nie pytam.

Uciekam z miejsc turystycznych. Ale tylko po to by do nich wrócić. Być częścią tego „biznesu” równocześnie stać obok. Czasem zadziwiam tych, którzy kierują swoje aparaty w jakimś „atrakcyjnym” kierunku. Odwracam się na pięcie i kieruje swój dokładnie w przeciwnym. W nich. W ich zadowolone, radosne od zwiedzania buzie. W ich miny. Co on tam widzi – pytają i patrzą za siebie. Na próżno.

Instynkt jest ważny. Najważniejszy. To przeczucie, że coś się tu wydarzy. Nastanie. Instynkt każe się zatrzymać i czekać. Chwilę albo dwie godziny. Niespiesznie. I się wydarza, jak szalone! Albo w ogóle, wcale nie. Taki los. Raz się myli raz się sprawdza. Dodaje dumy fotografowi. Albo wywołuje frustrację. Ależ ja mam instynkt – powiedziałem kiedyś do siebie. A potem, za karę chyba, nie wydarzyło się nic, co ów szósty zmysł mógłby przewidzieć.

Pochylam się nad mapą. I nad piwem. Nad piwem z mapą pod nim. Wilgotne krążki rozmywają pozaznaczane miejsca. Tu pójdę, i tu. A później jeszcze tam. Tu parkują busy z turystami, tu jest park a w nim grają, biegają i podciągają się na drążku. W tym miejscu jest estakada, a na najwyższy budynek w mieście warto wyjść wraz z zachodem słońca, albo i chwilę wcześniej. Na tym bazarze jest mnóstwo zakamarków i żadnych zwiedzających. Bo kogo interesują hurtownie. No mnie! No to idę tam, zaglądam. Kaleczę sà-wàt-deekráp, kłaniam się, uśmiecham. Wytrychem uprzejmości otwieram kolejne drzwi. Wchodzę do środka zdarzeń. Bangkok, lubię tu być.

Zdjęcia powstały w czasie warsztatów fotograficznych, które prowadziłem w Tajlandii (i Kambodży). Jeśli chcesz pojechać ze mną – zapraszam. Szczegóły tutaj

_PTR0947

_PTR1412

_PTR1416

_PTR1040

_PTR1018

_PTR1348

_PTR1169

_PTR1441

_PTR1467


_PTR1670

 

_PTR1564

_PTR2764

_PTR2599

_PTR2579

_PTR2753

_PTR2740 

_PTR2026

_PTR2621

_PTR2623

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

_PTR1181

_PTR2534

_PTR2561

_PTR5219

_PTR5376

 

 

 

 

 

Strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.