Ten tekst powstał jako refleksja po lekturze… mojej własnej książki: “Wszechmogący. Andrzej Zawada. Człowiek, który wymyślił Himalaje”. Minęło kilka lat, odkąd pojawiła się na rynku. Przyszedł czas, by ponownie ją przeczytać, przypomnieć sobie, odświeżyć.  Dobrej lektury! Piotr Trybalski

Zawada, Kukuczka i dwie filozofie zdobywania Himalajów

„Himalaje latem są dla bab” – mawiał Andrzej Zawada. Były w tym prowokacyjne zdanie i ironia, ale przede wszystkim program działania. Jeśli w górach najwyższych można jeszcze zrobić coś naprawdę nowego, to tylko zimą. Latem wszystko już zostało zdobyte: pierwsze wejścia, wielkie drogi, narodowe triumfy. Zima była ostatnim niezdobytym kontynentem. Ten kontynent bardzo się podobał Jerzemu Kukuczce. Ale czy zimowe wspinanie było motorem napędzającym pragnienie, które za chwilę wykrystalizuje w hasło: Korona Himalajów?

Zawada rozumiał himalaizm jako projekt zbiorowy. Wyprawę planowało się jak kampanię wojskową: miesiące przygotowań, kolejne obozy, transport setek kilogramów sprzętu, zespół ludzi działających jak mechanizm. Ktoś dowodził, ktoś poręczował, ktoś wynosił ładunki. A na końcu jeden lub dwóch ludzi stawało na szczycie – w imieniu wszystkich. A Kukuczka? Cóż — pojawił się w tym świecie jako ktoś, kto rozumiał góry nieco inaczej. Jerzy Kukuczka nie był strategiem ani ideologiem wspinania. Był robotnikiem z Katowic, który miał w sobie coś z długodystansowca.  Styl? Owszem, ale liczyło się przede wszystkim wejście na szczyt. Bo w końcu “góra zapłacona musi zostać zdobyta”. Za wszelką cenę. 

Polski himalaizm przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych rozwijał się więc między tymi dwoma biegunami: między strategią generała a intuicją i determinacją samotnika.

Zawada i jego górski projekt

Kiedy w 1950 roku Francuzi zdobyli Annapurnę (pierwszy, zdobyty ośmiotysięcznik), rozpoczął się wyścig o najwyższe góry świata. Trwał krótko. Czternaście lat później ostatni ośmiotysięcznik – Shisha Pangma – był już zdobyty. Himalaje przestały być białą plamą. Stały się areną nowych wyczynów. Ale Polacy przyjechali na tę scenę za późno. Komuna, brak dolarów i Żelazna Kurtyna sprawiły, że polski, górski kościół budowany był inaczej. W latach sześćdziesiątych próbowano więc zdobywać dziewicze siedmiotysięczniki, potem boczne wierzchołki ośmiotysięczników, wytyczać nowe drogi na zdobytych ośmiotysięcznikach. Były sukcesy – Kunyang Chhish, Gasherbrum III, Kangbachen – ale brakowało wydarzenia, które zmieniłoby hierarchię świata wspinaczkowego.

Zawada zrozumiał, że taka przestrzeń jeszcze istnieje. Zima. Bo jeśli latem zdobyto wszystkie ośmiotysięczniki, można było zdobyć je jeszcze raz – zimą. W ten sposób powstał projekt, który później nazwano polską szkołą zimowego himalaizmu.

…i wtedy pojawia się Kukuczka

Gdy Zawada budował swoją wizję, Kukuczka dopiero wchodził do wielkiej gry. 4 października 1979 roku stanął na Lhotse. W zespole z Andrzejem Czokiem, Zygmuntem Andrzejem Heinrichem i Januszem Skorkiem. Klasyczna wyprawa oblężnicza, kolejne obozy, poręczówki, ciężka praca całej ekipy.

Rok później – Everest, wyprawa pod kierownictwem Andrzeja Zawady. Kukuczka i Czok weszli na szczyt południowym filarem, bez użycia dodatkowego tlenu. Nie było w tym jeszcze wielkiej strategii. Było raczej odkrycie własnych możliwości. Wiara w to, że się da. I że można to robić inaczej. Makalu w 1981 roku było pierwszym sygnałem, że Kukuczka nie chce tylko powtarzać istniejących tras. Wytyczył nową drogę. Rok później na Broad Peaku działał z Wojciechem Kurtyką – jednym z najbardziej radykalnych stylistów wspinania tamtej epoki. Ich współpraca nie była łatwa, ale wydawała się być naturalna. Kurtyka wierzył w styl alpejski: lekko, szybko, bez oblężniczej infrastruktury. Kukuczka był gotów działać podobnie. Byle wyjść na szczyt. Na wierzchołku stanęli 30 lipca. Weszli w stylu alpejskim. Latem 1983 roku powtórzyli styl alpejski na Gasherbrumie II i Gasherbrumie I – w jednym sezonie. Tempo zaczęło być zdumiewające.  

Zima i przyzwolenie na ryzyko

W styczniu 1985 roku Kukuczka i Andrzej Czok stanęli na Dhaulagiri. Było to pierwsze zimowe wejście na ten szczyt. Trzy tygodnie później Kukuczka był już pod Cho Oyu na wyprawie Zawady. Przyjechał “na gotowe” – co nie spodobało się niektórym z uczestników wyprawy. Tym razem z Zygmuntem Andrzejem Heinrichem, 15 lutego wszedł na wierzchołek. Dwa ośmiotysięczniki w jednej zimie! Nikt wcześniej czegoś takiego nie zrobił!

I tutaj warto się na chwilę zatrzymać, bo właśnie z tej perspektywy najlepiej widać różnicę między Kukuczką a Zawadą. Zawada planował zimowy himalaizm jak długofalowy projekt. Każda wyprawa miała swoje miejsce w większej strategii. Kukuczka działał szybciej, często poza rytmem tej strategii. Byle przeć do przodu, jak czołg. Niemniej jednak  Zawada – choć dobrze widział wady i zalety indywidualizmu Kukuczki – potrafił się na to zgodzić. Czasem wystarczał moment rozmowy w namiocie bazowym, żeby generał pozwolił samotnikowi ruszyć wyżej. Obaj lubili ryzyko. Zawada na nie pozwalał, Kukuczka je podejmował. 

Uczestnicy wyprawy na Everest w bazie. Od prawej: Andrzej Zawada, Konstanty Chitulescu, Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok. (wiosna 1980 roku)

Wyścig z Messnerem

W połowie lat osiemdziesiątych pojawił się jeszcze jeden element tej układanki – wyścig o Koronę Himalajów i Karakorum czyli najwyższe szczyty tych dwóch pasm górskich, kolekcja 14 ośmiotysięczników. Reinhold Messner był już żywą legendą. Wspinaczem, który zdobywał najwyższe góry świata bez dodatkowego tlenu, który myślał o himalaizmie jak o sztuce przekraczania granic. Najlepiej w pojedynkę, albo we dwóch. Był kimś, kto – jak Jerzy Kukuczka – był w stanie poświęcić dla gór wiele więcej niż inni.  Zawada patrzył na niego z rezerwą. Nie przepadał za indywidualistycznym stylem Messnera, za jego medialnością i za przekonaniem, że himalaizm jest przede wszystkim osobistą drogą. Za to że wątpił w zimowe dokonania Polaków. Kukuczka, choć działał inaczej niż Włoch, znalazł się z nim w stanie rywalizacji. Gdy Messner zamknął listę czternastu ośmiotysięczników w 1986 roku. Kukuczka był tuż za nim. Śpieszył się. 

Ostatni krok

Latem 1986 roku Kukuczka i Tadeusz Piotrowski wytyczyli w stylu alpejskim nową drogę na K2 – tak zwaną Polską Linię. To było coś niebywałego. Zrealizowali projekt, któremu nie podołał sam Messner. Ba, nawet nie próbował. Było to jedno z najtrudniejszych przejść w historii tej góry i w ogóle wspinania. Sukces zakończył się jednak tragedią. Piotrowski zginął podczas zejścia. Cóż, K2 pokazała drugą stronę medalu ambicji. Wspinanie nową drogą, bez wielkiej infrastruktury wyprawy, oznaczało większe ryzyko. Ale nie było to coś, co mogło zatrzymać Kukuczkę. Z nowym partnerem, Arturem Hajzerem, Kukuczka jesienią 1986 roku zdobył Manaslu – nową drogą, w stylu alpejskim, zaś w lutym 1987 roku Annapurnę, znów z Hajzerem. To było pierwsze, zimowe wejście na ten ośmiotysięcznik. 18 września tego samego roku stanął z Hajzerem na Shisha Pangmie – nową drogą, oczywiście w stylu alpejskim. Czternaście ośmiotysięczników w osiem lat. Cztery zimą. Wiele nowymi drogami. Czego chcieć więcej?

“Lotnisko Okęcie, sierpień 1989 roku. Jerzy Kukuczka w białej koszulce z krótkim rękawkiem, z zarzuconą, fioletową bluzą i plecakiem. Obok stoi Andrzej Zawada, z mikrofonem. Kamera rejestruje.
Zawada: Słuchaj, zdobyłeś już czternaście ośmiotysięczników. W swoim życiu nie każdy alpinista może się czymś takim pochwalić, jest takich dwóch na świecie – Messner i ty. Właściwie mógłbyś na tym zakończyć swoją karierę. Powiedz mi, dlaczego wybierasz się znów na tak trudną górę jak Lhotse, na południową ścianę?
Najazd kamery na twarz Kukuczki. Uśmiecha się.
Kukuczka: A dlaczego kończyć, skoro tak dobrze idzie?”

Kukuczka i Zawada

 

Generał i Samotnik

Zawada i Kukuczka nie byli przeciwieństwami w sensie konfliktu. Raczej w sensie górskiego napięcia. Zawada wierzył w siłę zespołu i narodowego projektu. Kukuczka działał szybciej, bardziej intuicyjnie, czasem jakby poza jakimkolwiek projektem. Razem współtworzyli przestrzeń polskich sukcesów w górach najwyższych. Tyle że Zawada stworzył przestrzeń, w której polski himalaizm mógł się rozwinąć. Kukuczka zaś wypełnił tę przestrzeń czynem. 

Jerzy Kukuczka zginął na południowej ścianie Lhotse 24 października 1989. Miał 41 lat. 

 

 

Strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.