_PTR3185-01Pobyt w Millstatt przypominał nam bardziej wypoczynek na wybrzeżu Adriatyku niż pobyt w górskim landzie Austrii. Bynajmniej nie dlatego, że całe dnie leżeliśmy na plaży. Ot, miejsce ma specyficzny klimat i już. Nie do końca wiem, jak to wytłumaczyć, przyjedźcie, zobaczycie. Długie wieczory nad jeziorem, góry, wiatr… i ludzie jacyś tacy wyluzowani. Nic to, wszystko co piękne szybko się kończy, trzeba jechać dalej i być gotowym na nowe wyzwania.

_PTR3122-01

_PTR3133-01

Michaela zawiozła nas na dworzec w Spittal, po drodze minęliśmy Punkt Informacyjny Millstätter See w Seeboden – to pomiędzy Millstatt i Spittal – znajdujący się przy Thomas Morgenstern Platz 1. Każdy fan Małysza zna i to nazwisko. Słynny skoczek tutaj właśnie mieszkał, w Seeboden. Dziewczyny z info punktu do dziś wspominają historię, kiedy po ustanowieniu nazwy placu zaczęły przychodzić listy adresowane do Thomasa. Cóż, ktoś wpisał w Internet nazwisko, dostał adres Punktu i wysyłał, z nadzieją, że dostarczą. Trochę jak listy do świętego Mikołaja. Podobno dostarczały, dziewczynie Thomasa, która wciąż mieszka w Seeboden. Jak znam życie Tomy ani jednego nie przeczytał, nie sądzę by pisali do niego fani po autograf 🙂 A tak na marginesie – czy Adaś Małysz ma w Polsce jakąś ulicę swojego imienia, albo mały placyk? Kto wie? A jeśli o Adasiu mowa, to kilka kilometrów na południowy wschód od jeziora, w Mooswald urodził się inny słynny narciarz – Austriak – mistrz olimpijski w zjeździe i Franz Klammer. Dziś Franz już nie startuje, ale popularyzuje narciarstwo alpejskie, można go spotkać m.in. na organizowanym co roku w Austrii World Ski Test, gdzie miałem przyjemność poznać mistrza. Zastanawiam się, czy nasz orzeł Adaś nie poszedł czasem w ślady Franza? Ten, gdy zakończył karierę też zaczął się ścigać w rajdach samochodowych. Przy najbliższej okazji zapytam 🙂

_PTR3126-01

Jedziemy na północ, ponownie mijamy znane i lubiane tereny narciarskie. W pociągu do Zillertal podchodzi do nas konduktor i… z trudem powstrzymujemy się od wybuchu śmiechu. Toż to wypisz wymaluj Dieter Bohlen z Modern Talking! Blond fale do karku, ciemna (czytaj: z solarium) karnacja, sporo biżuterii, kolczyk w uchu nienagannie wypielęgnowane paznokcie, mundur jakby szyty specjalnie i te buty… Szkoda, że tego nie widzieliście! W Zell am See przesiadamy się w pociąg regionalny SLB Pinzgauer Lokalbahn, którym na co dzień turyści dojeżdżają do okolicznych wiosek i miejscowości. To wąskotorówka z niesamowitą historią, otwarta był w 1898 roku, a w przy jej powstaniu place maczał sam Franciszek Józef I. Ot i mamy cesarsko – królewską historię.

Mapa odwiedzonych miejsc, każdego dnia będziemy ją uzupełniać o nowe.

Jesteśmy w chyba najbardziej ulubionym pośród Polaków regionie – na wschodzie mamy Kaprun – Zell am See, na zachodzie zaś Zillertal Arena. Tego roku byliśmy tu na redakcyjnym wyjeździe narciarskim (relację z tego wyjazdu, opisy terenów narciarskich i rekomendacje miejsc będziecie mogli przeczytać jesienią w naszym serwisie SkiPanorama.pl), ciekawe jak wyglądają te tereny latem. Pierwszą różnicę, jaką zauważamy (prócz braku śniegu, co oczywiste) to golfiści – pole golfowe znajduje się całkiem blisko trasy przejazdu naszego pociągu.

Mittersill – nasze kolejny, na kilka dni, przystanek znajduje się dokładnie pośrodku polskiej, narciarskiej mekki. Od północy nad miasteczkiem wspinają się łagodne zbocza Alp Kitzbühelskich, na południu znajduje się Park Narodowy Wysokich Taurów – i właśnie dlatego tu przyjechaliśmy. Z dworca odbiera nas Christine z lokalnej organizacji turystycznej, odpowiedzialnej za sprawy trzech miasteczek – Mittersill, Hollersbach i Stuhlfelden. Przez kolejne trzy dni będzie się starała, aby nam się tu nie nudziło. Z uśmiechem zaprasza nas do swojego samochodu… czerwonego „garbusa”! Próbujemy zapakować wszystkie nasze graty – nie jest to łatwe, ale i na takie sytuacje jest przygotowana nasza przewodniczka. Na tylnej klapie samochodu ma zamontowany specjalny bagażnik, do którego mocujemy jeden z plecaków. Udaje się jakoś wejść, jedziemy do hotelu. Ale fajnie, nigdy nie jechałem garbusem, na dodatek ten ma dokładnie tyle lat co ja. Czyli, w sumie nie jest taki stary…

Naszą bazą jest hotel – browar Bräurup, ze znaną w całym miasteczku restauracją. Cóż, lepiej trafić nie mogliśmy J. Christina namawia nas na krótką wycieczkę, zrzucamy więc nasze rzeczy w pokoju, ponownie wsiadamy w „garbusa” i mkniemy w góry, musimy się wydrapać na 1313 m n.p.m., a jesteśmy dopiero na 790 m. Pogoda nieco się poprawia więc i widoki przednie. Jest dobrze. Po drodze Christine opowiada nam o projekcie który realizują – brzmiącym w oryginale „Österreichs Wanderdörfer” czyli „Austriackie Wioski Dla Wędrowców”. A chodzi o nic innego jak o kompleksową ofertę turystyczną dla wszystkich, którzy uwielbiają trekkingi górskie i chcieliby móc dreptać po Alpach korzystając z wszelkich udogodnień, m.in. logistycznych. Region, który reprezentuje Christine dołączył do tej organizacji i tym samym stał się jednym z 40 takich miejsc w Austrii. Zastanawiam się, czy taki projekt to nie kolejna „ściema” marketingowa. Nie muszę dodawać, że zastanawiam się na głos… Christine nieco wzburzona zaczyna mi tłumaczyć, że sam się przekonam jak to wygląda. Rozładowuje atmosferę żartem, tłumaczę jej, że to świetna oferta dla takich jak my – zapracowanych, nie dysponujących nieskończoną ilością czasu. No bo jeśli rezerwujemy nocleg w hotelu, w którym jesteśmy w stanie dowiedzieć się wszystkiego o szlakach pieszych w okolicy, w hotelu możemy poczytać lub kupić mapy i przewodniki, jest też pan przewodnik, który może nas oprowadzić po jednej z sześciu przygotowanych tras trekkingowych (na część tras można się wybrać z przewodnikiem, reszta jest do indywidualnego eksplorowania); na dodatek dostajemy zestaw lunchowy na drogę, zaś do końca doliny, miejsca rozpoczęcie trekkingu, wiezie nas górska taksówka (to nie fanaberia – doliny mają nawet 20 km długości ) to czy nie warto skorzystać z takiej okazji? Na dodatek w hotelu oferują przepierkę brudnych, trekkingowych ciuchów i jeszcze wypożyczą sprzęt – jeśli komuś czegoś brakuje. Wiele regionów, które uczestniczą w programie tworzy ofertę turystyki pieszej dla specyficznych grup. W takim Ramsau, który także wchodzi w skład wiosek dla wędrowców specjalizują się w via ferratach i nieco ambitniejszych trekkingach, Millstatt (także należy do organizacji „Österreichs Wanderdörfer”) stawiają na romantyczne wyprawy dla dwojga i kontakt z tradycyjną Austrią. W Mittersill mają do dyspozycji Park Narodowy Wysokich Taurów i najwyższe szczyty Alp Austriackich. No i setki kilometrów szlaków.

_PTR3206-01

Tak sobie gaworząc o teraźniejszości i przyszłości turystycznej Alp, po kilku kilometrach wspinania się doliną Felbertal docieramy na miejsce. Parkujemy naszego „garbusika” tuż obok niewielkiego, górskiego schroniska Meilinger Alm, dalej drepczemy pieszo. W związku z tym, że jest już dość późno, Christine zabrała nas na tę krótką wycieczkę do dość turystycznego miejsca. W ciągu dnia zatrzymuje się tu sporo autobusów z turystami, to jedna z takich dolin alpejskich, w której łatwo poruszać się dużym pojazdem, a dociera się rzeczywiście prawie do serca gór. Wspinamy się na niewielką platformę widokową – przed nami jezioro Hintersee i pionowe ściany – kiedyś wypełnionej lodowcem – doliny. W dole widać grupę koni i kilka pasących się krów. Dla mnie to chyba największe zaskoczenie – wypas w parku narodowym. Tutaj zasady są dość proste – właścicielem dolin są zazwyczaj osoby prywatne, wykorzystują swój teren do wypasu, stoki i góry to już własność państwowa. Można się z tym zgadzać lub nie ale nim stworzono parki i miejsca chronione człowiek żył z naturą właśnie w takim układzie. Powili drepczemy do jeziora, nagle Christine woła po imieniu jednego z koni a ten… jak piesek przybiega i liże ją po ręce! Konie żyją w dolinie przez całe lato, aż do późnej jesieni. Wówczas dopiero wracają – półdzikie po całoletnim luzie – do stajni i zimowej pracy. Jest tu ich całe stado, wałęsają się i podgryzają trawę. Któregoś roku, gdy przez wiele dni było bardzo gorąco, a trawa nieco przywiędła, część koni zdecydowała się wskoczyć do jeziora i przeprawić się na drugą stronę, gdzie trawy było więcej. Twardziele. Powoli wracamy, zatrzymujemy się na kawę w Meilinger Alm, to niewielkie, prowadzone od 180 lat przez rodzinę Hochfilzer schronisko i restauracja górska. Christine chwali je – już wkrótce otrzyma nagrodę, status najlepszego schroniska w regionie Wysokich Taurów.

_PTR3205-01

_PTR3159-01

_PTR3185-01

_PTR3194-01

_PTR3200-01

Wracamy do Mittersill, wieczorem czeka na nas kolacja w naszym hotelo – browarze. Ciekawe jak smakuje piwo ważone na miejscu przez ostatnie pięćset lat!

Ania&Piotrek

Strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.