Jakie macie patenty na te słabe dni, gdy nie chce wam się ruszyć z domu? Kiedy perspektywa wyjścia na rower czy wyjazdy ze znajomymi na weekend w górach powoduje, że jeszcze głębiej chowacie się w ciepłym łóżku?

Oj, nie, u nas wszystko dobrze. To tylko takie teoretyczne rozważania w kontekście trzeciego dnia pobytu w Ramsau. Bo gdyby komuś przyszło do głowy się lenić, to w Ramsau wymyślili sposób i na tę przypadłość. No ale po kolei. Jak zwykle zerwaliśmy się skoro świt i z nadzieją zerkali w okno. Pada, nie pada… Nie padało. Przed naszym wielkim, romantycznych tarasem przewalały się białe jak śnieg chmury, ale wszystkie znaki – szczególnie te na niebie – wskazywały, że lada chwila wyjrzy słońce.

Mapa odwiedzonych miejsc i przebytych tras (uzupełniana na bieżąco)

_PTR2499-01

Wyjrzało. Zaraz po śniadaniu Irene zabrała nas do wypożyczalni, gdzie mieliśmy dosiąść czegoś, co z wyglądu można spokojnie nazwać rowerem miejskim, ale działało jak motorower. Intrygujące. Instrukcja obsługi okazała się banalnie prosta: eco, standard, high i no assistance. Czyli cztery biegi, przełączane czymś jak licznik rowerowy, do tego zwykła przerzutka z ośmioma przełożeniami. Pod siedzeniem mieścił się nie większy od kartonu soku akumulator. Nie mogłem sie doczekać aż dosiądziemy to cudo. Ania była w siódmym niebie, bo rower to jej ulubiony środek transportu (jeździ nawet zimą!), a góry… No cóż, trzeba chyba powiedzieć prawdę: na te górskie wakacje namawiałem ją dość długo. I chociaż teraz uśmiech nie schodzi jej z twarzy, mam nadzieję, że efekt będzie trwały, magia Alp Austriackich udzieli jej się na dobre 🙂

_PTR2351-01

Pedałujemy – nie powiem, jest dziwnie. Wyobraźcie sobie, że jedziecie na rowerze i kiedy zbliża się podjazd ktoś was z tyłu popycha. To dokładnie takie samo uczucie. Po prostu moc pomnożona razy trzy! Śmiejemy się jak dzieci, bo efekt jest rzeczywiście porażający. Rower jest dość ciężki, ale ten „doping” pozwala pokonać nawet bardzo strome podjazdy na dość dużym zapasie siły. Gdyby Darek wiedział jakie tu mają patenty… na zdjęciach widać, że chłopcy się czasem męczyli 🙂

_PTR2357-01

_PTR2372-01

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do pierwszej atrakcji, która dla nas dziś przyszykowano – Lodenwalke, czyli fabrykę tkaniny, produkowanej z owczej wełny – zwanej loden. Powiem tak: kiedy dowiedziałem się, że będziemy zwiedzać jakąś fabrykę, która przerabia wełnę – byłem na nie. Po pięciu minutach od wejścia buzia cieszyła mi się od ucha do ucha, bo to, co zobaczyliśmy, było po prostu szalenie ciekawe. Wyobraźcie sobie fabrykę, która działa od… 1434 roku. Jörg, jeden z potomków rodziny, która od lat prowadzi ten biznes – dziś szef od fabrycznej propagandy – pokazał nam cała linię produkcyjną i wytłumaczył, jak z pozyskanej z owiec wełny powstaje tkanina… No właśnie, i tu zaczynają się schody, bo przeciętny turysta kojarzy tradycyjny strój austriackich górali – zwłaszcza górną jego część – wykonany z dość sztywnego, najczęściej w szarym i zielonym kolorze, filcu (lodenu).

_PTR2380-01

A tu – niespodzianka. Jörg pokazał nam loden, który miał strukturę cienkiej bawełny z dodatkiem elastyny (to cytuję za Anią, nie wiem do końca, co to ta elastyna) – czyli rozciągliwe, delikatne, miłe w dotyku. Na dodatek posiadające cechy wełnianej odzieży – czyli oddychające, w zimie ogrzewające, a w lecie dobrze odprowadzające wilgoć. Fabryka wykorzystuje maszyny, z których niektóre są starsze od Ani i mnie, razem wziętych. Wnętrze zakładu wygląda bardziej jak hala gdańskiej stoczni połączonej z papierniczą manufakturą niż jak zakład, w którym powstają takie odzieżowe cacka. Po zapoznaniu się ze ścieżką produkcyjną jedziemy przemysłową windą do góry, do sklepu. Noooo, nie powiem, zaskoczyli nas po raz kolejny. Nowoczesne wnętrze i odzież, w 100% z wełny, która nie raz ani na moment wełny nie przypominała. Nie mogliśmy się oprzeć i zaczęliśmy mierzyć, Ania znalazła sobie fajny, niebieski płaszczyk, ja po próbach w strojach ludowych zakochałem się w czymś a’la polar. Jörg miał ubaw po pachy widząc, że dotykamy ciuch po ciuchu, jakbyśmy sprawdzali, czy to faktycznie jest wełna. Panowie górale z Podhala – zapraszamy po naukę i inspirację.

_PTR2386-01

_PTR2399-01

Prosto z fabryki ruszyliśmy w kierunku wąwozu Silberkarklamm, rowerki sprawdzały się wyśmienicie, kiedy pokonywaliśmy szutrówką kolejne serpentyny. Przed wejściem do wąwozu zsiedliśmy z rowerów i w dalszą drogę wybraliśmy się pieszo. Droga prowadziła drewnianymi podestami i drabinami dołem dość głębokiego jaru, w którym pośród wielkich kamieni z hukiem szalała woda. Po kilkunastu minutach doszliśmy do miejsca, w którym startuje dość wymagająca via ferrata – „Hias”, szczęściem ktoś właśnie pakował się na ścieżkę.

_PTR2413-01

Okazało się… że to ten sam gość, którego wczoraj podglądałem przez teleobiektyw, kiedy schodził z Hoher Dachsteina! Znów, na dole, towarzyszyła mu żona, utrwalając na fotografii zmagania ze skałą. Ania patrzyła nieco przerażona, obserwując wysiłek, jaki ten człowiek wkładał w pokonanie sporego trawersu. Zacząłem jej tłumaczyć, że to bezpieczne, że jest sprawna i silna, i z pewnością poradziłaby sobie. Nic to. Nie wiem, ile jeszcze będę musiał wykonać pracy, by w końcu dała się namówić na nieco bardziej wymagającą, górską przygodę. Ruszyliśmy dalej, w pewnym momencie przeszliśmy przez wielką skalną bramę i przed naszymi oczami otworzyło się coś, co do złudzenia przypominało doliny Tatr Zachodnich.

_PTR2421-01

_PTR2465-01

Dookoła wapienne, dość strome, pocięte piargami zbocza, przed nami zarośla kosówki i wielkie piarżyska, wyglądające trochę jak pobojowisko. Jak się okazało obszar od zawsze był nękany i niszczony przez lawiny czy nawałnice, wywołujące katastrofalne w skutkach potoki wody i kamieni. Gdzieś na końcu tego wszystkiego, u góry czekało na nas schronisko, Silberkarhütte i – co nie bez znaczenia – zimny kufel weizenbier’a. Ruszyliśmy z buta.

_PTR2428-01

_PTR2434-01

_PTR2453-01

_PTR2450-01

Powrót z schroniska okazał się szybszy niż przypuszczaliśmy, po niespełna godzinie z powrotem wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do oddalonej o kilkanaście kilometrów góry Rittisberg – lokalnej oazy rozrywki na świeżym powietrzu. Klucząc bitymi drogami mieliśmy szansę na własnych nogach doświadczyć, że Ramsau to na prawdę rewelacyjne miejsce do pedałowania. Dziesiątki dróg i dróżek, biegnących malowniczymi miejscami, wzdłuż potoków, w poprzek otwartych pól, co chwile serwujących ładny widok zachęcają do jazdy. W zasadzie nie ma potrzeby skręcania na asfalt, a jeśli już to na równie niewielkie, lokalne, asfaltowe drogi. Mijamy liczne zagrody z końmi. Mówi się, że Styria, to końska stolica Austrii, zaś Ramsau to końska stolica Styrii. I z pewnością jest to prawda. Spotkać tu można słynne kasztanowate haflingery – konie wielkości zdrowo przerośniętego kuca, wykorzystywane do pracy fizycznej, uwielbiane zarówno przez dorosłych, jak i dzieci ze względu na ich łagodne usposobienie.

_PTR2472-01

Rittisberg reklamuje się, że jest najlepszym punktem widokowym w Ramsau. Cóż, za chwilę to sprawdzimy. Tymczasem oglądamy niewielkie jeziorko, i park linowy tuż obok – cześć sporego kompleksu rozrywkowego. W lecie jest tu dodatkowo boisko do piłki plażowej, wielkie trampoliny i letnie kino na świeżym powietrzu. Kawałek za jeziorem powstał tor dla miłośników cross-u, z tą małą różnicą, że można na nim jeździć na motorach… elektrycznych (są do wypożyczenia na miejscu). Można tu rozbić namioty czy zaparkować campervana – działa pole namiotowe. Na zboczu góry zamontowano sporych rozmiarów rollercoster – letni tor saneczkowy, którym co chwilę ktoś zjeżdżał, z krzykiem oczywiście. Irene pyta, czy na górę jedziemy wyciągiem czy rowerami. Decyzja jest szybka – rowerami. Przed nami kawałek, który pieszo pokonuje się w ciągu godziny. Wzdłuż całej drogi na górę Kali, którego poznaliśmy w pierwszym dniu pobytu w Ramsau zachęca małych wędrowców do zabawy. Pewnie to jedyny sposób, aby dzieci pokonały całkiem spore podejście. Cóż, każda metoda jest dobra. A wracając do Kalego – to wręcz wierna kopia krakowskiego Smoka Wawelskiego! Przynajmniej wiadomo, dlaczego nie ma go w Krakowie, a Smocza Jama świeci pustką – zaszył się w Ramsau i udaje przyjaciela dzieci :). Tak rozmyślając nad losem średniowiecznych potworów dojeżdżamy na górę. Aby być precyzyjnym – dojeżdża Irene i ja, bo Ania jest tam już od dobrej chwili. Okazało się, kto ma najlepszą kondycję i siłę w nogach… Mimo, że rowery wspomagane są elektrycznie, to jednak podjazd zrobił swoje – 20 minut intensywnego pedałowania, nawet ze wspomaganiem, nieco nadgryzło nasze siły. Gdy docieramy na szczyt zaczyna grzmieć. Ania ucieka testować reklamowany w folderach szlak do wędrówki na bosaka, ja robię kilka zdjęć. Po chwili zaczyna się ulewa. Wielka, czarna chmura zasłania niebo, widok i szansę na szybki powrót do hotelu. Grzecznie odczekujemy swoje i na złamanie karku ruszamy, śliską drogą w dół. Przeżyliśmy. Jeszcze tylko kilka kilometrów drogi, oddajemy rowery i… zachwycamy się pięknym błękitem nieba i słońcem. Taki to urok alpejskich klimatów – czasem słońce, czasem deszcz.

_PTR2493-01

_PTR2477-01

Ania&Piotrek