Ta wioska ma to ulotne coś, podkreślone brzozowymi drzewkami, które jesienią lśnią złotem swoich liści, trochę podobnie jak w polskich górach o tej porze roku. Ma światło, piękne i o wschodzie i o zachodzie, ma tumany kurzu gnające za pielgrzymami grzebiącymi się w górę drogi do rozmodlonego Muktinath, hinduistycznego kompleksu świątynnego położonego kilkaset metrów wyżej. 

Gdybym kiedykolwiek mógł wybrać miejsce w górach, które na dłużej miałoby stać się moim schronieniem, z pewnością mogłoby to być Jharkot. Pewnie dlatego, że nie ma tu ani jakiś szczególnie atrakcyjnych zabytków, ani świetnych, górskich hoteli, nie ma też za dużo ludzi. To tylko kilka ulic na krzyż, stary klasztor i paręnaście, no może parędziesiąt glinianych domów pomalowanych białą farbą, z drewnem suszącym się na dachach. Niespieszna lekkość bytu miałaby tu swoje i miejsce i czas. Na pewno. Z dachu budynków otaczających ceglano-czerwony monastyr widać całą dolinę, od jej wylotu w stronę Kali Gandaki po ponad pięciotysięczną przełęcz Thorong La po drugiej stronie. Czasem, zaraz po wschodzie słońca, po dachu spacerują mnisi, wpatrują się w przestrzeń obracając w palcach paciorki różańca i mrucząc pod nosem mantry.

Jharkot, Mustang, Nepal

W takich miejscach, gdzie natura przytłacza tak swoim pięknem jak i potęgą, nie potrafię uciec od elementarnych egzystencjalnych pytań: po co nam to wszystko, co mamy? Po co nam ta cała cywilizacja z jej materią, z jej chwiejną równowagą burzoną nie cyklami przyrody, a cyklami przemocy, rodzącej się co rusz to w innym miejscu globu, której, choć tacy wykształceni i dorobieni, nie umiemy zatrzymać? Po co nam edukować się, po co nam rozwijać, po co nam Ziemia poddana? Po co?

W buddyjskiej szkole działającej przy ceglano-czerwonym klasztorze spotkałem dzieciaki, z którymi kilkudniowy kontakt sprawiał, że pytania te wracały do mnie wyjątkowo natarczywie. Pochodzą z prowincji jeszcze do niedawna zamkniętej dla obcych, przez całe stulecia rządzącej się własnymi zasadami i zakonserwowanej w swojej samowystarczalności, która choć nadwerężona zamknięciem himalajskich szlaków handlowych po chińskiej inwazji na Tybet, trwała jednak, na przekór nowoczesności. Kilka lat temu ten średniowieczny świat nagle przyspieszył. Turystyka przyniosła zachodnie wzorce, globalizacja włączyła niepiśmienny Mustang do azjatyckiego wyścigu ku bogactwu. Jak nie znaleźć się w jego peletonie? Jak uczestniczyć w nim i nie zatracić własnej tożsamości?

Jharkot, Mustang, Nepal

Dla nich edukacja to dar. Od Boga? Dar, po prostu. Kiedy byłem dzieckiem moja szkoła wydawała mi się przekleństwem, czymś co przerywało beztroski czas rozrób na podwórku. W  Mustangu, w Jharkot, szkoła jest celem samym w sobie. Uczy, jak zrozumieć współczesny świat, jak zdobyć zawód, jak żyć, jak pomagać innym. Patrzyłem w oczy tych młodych ludzi i widziałem pokorę, szacunek do innych, pewną równowagę pomiędzy tym co dziecięce, czego nie warto i nie trzeba się pozbywać – tej codziennej beztroski – a tym co ważne, co może zaważyć o przyszłości.

Przez paręnaście dni podglądałem jak wstawali o poranku, modlili się, sprzątali, myli, jedli śniadanie, pracowali, uczyli. I tak godzina po godzinie, dzień po dniu, zapewne miesiąc po miesiącu, rok po roku. Jakby nie chcieli porzucić tego swojego świata, a równocześnie pragnęli, by ta cała nowoczesność nie umknęła im z przed nosa. Rozmawiałem, pytałem, próbowałem zrozumieć. Zastanawiałem się, czy będąc dzieckiem myślałem o przeszłości? Czy czułem jak ważne jest to co robię tu i teraz? Nie, chyba w ogóle o niczym nie myślałem, od myślenia byli rodzice. Tymczasem w Jharkot miałem wrażenie, że obok dziecięcych trosk i chęci zabawy niepewność jutra zmusza do tego, by myśleć na wiele lat do przodu. Mądrość siedmiolatka? Tak, istnieje.

Fotografujemy. Portrety, scenki wokół świątyni, na placu przed, w pokojach gdzie śpią, uczą się, sprzątają, w czasie posiłku. Na portretach wyglądają spokojnie, czasem tylko ktoś zawstydzi się, zaczerwieni, albo uśmiechnie rozradowany. Nie wiedzą dlaczego przyjechaliśmy tutaj, po co robimy te zdjęcia. Tłumaczymy, a oni zaczynają rozumieć, że my nie chcemy ich zmieniać, nie chcemy egzotycznych fotografii w przepięknej himalajskiej scenerii ośnieżonych szczytów i starych klasztorów. Chcemy odpowiedzi na pytanie, czy środowisko, w którym dorastają pozwoli im zachować swoje „ja” , odnaleźć się w nowoczesności, zachować swoją wyjątkową tożsamość. Kim mają szansę się stać te rozganiane wokół pięciusetletniej tybetańskiej świątyni dzieci?

Jharkot, Mustang, Nepal

W drodze powrotnej w Katmandu spotykam pięcioro dawnych uczniów szkoły w Jharkot. Od kilku lat studiują w stolicy. Niedługo zostaną lekarzami, malarzami tradycyjnych tybetańskich obrazów sakralnych, dwójka rozpocznie naukę w szkole administracji. Oprowadzają nas po Bodnath, placu ze słynną olbrzymią tybetańską stupą zwieńczoną złotymi oczami buddy. Są stylowo ubrani, mają modne fryzury, smartphony, konta na facebooku i na whatsappie, dzięki którym zresztą udało nam się umówić. Rozmawiamy po angielsku, swobodnie. Patrząc na nich jednak wiem, że musieli dobrze się czuć na dziedzińcu starego klasztoru w Jharkot. I że za jakiś czas chętnie tam wrócą. A  nawet jak nie, przynajmniej nie będą musieli pracować za dolara dziennie w chińskiej fabryce podkoszulków.

Jeżeli chcesz wesprzeć uczniów ze szkoły w Jharkot – przekaż 1% podatku fundacji Szkoły na Końcu Świata. Możesz też zasponsorować edukację któregoś z uczniów. Wejdź na stronę fundacji – tutaj

Ten materiał powstał w czasie warsztatów fotograficznych, które prowadziłem  w Dolnym Mustangu. Jeśli masz ochotę przyjechać tu ze mną na kolejną edycją warsztatów – zapisz się do newslettera, a dam Ci znać.

Współpraca: Magdalena Gołębiowska-Śmiałek

Jharkot, Mustang, Nepal Jharkot, Mustang, Nepal Jharkot, Mustang, Nepal