Moim ulubionym miastem jest Kotor. I nie tylko w Czarnogórze ale na całym Adriatyckim wybrzeżu.
W ogóle miasta wybrzeża Czarnogóry to specyficzna mieszanka tureckich pozostałości, włoskiego sznytu i austrowęgierskiej megalomanii fortyfikacyjnej. Znajdziemy tu więc i fortece i strzeliste kościoły, zgrabne fasady kamienic, których urody nie powstydziłby się ani popularny Dubrownik ani nie mniej popularna Wenecja. Na Kotor lubię patrzeć z wysokości niewielkiego, wybudowanego w XVI wieku dla ochrony miasta przed chorobami kościółka Gospe od Zdravlja. Prowadzi tu trasa po wschodnich murach miejskich, a z góry roztacza się bez wątpienia najpiękniejsza panorama miasta. Kto ma siłę i ochotę może wyjść dalej, aż do fortecy – twierdzy św. Jana, labiryntu wybudowanego przez Wenecjan, przypominającego nieco dawne miasta Majów i Azteków. Oj, gdyby mury i kamienie potrafiły mówić! Które z europejskich miast ma taką historię? Miasto założone przez Ilirów w III w p.n.e, przejęte przez Greków, potem Rzymian, dalej pod władaniem bizantyjskim jako Dekaderon, potem, w XI wieku bułgarskie, w końcu serbskie już jako Kotor. Na tym jednak nie koniec. XIV wiek to czasy rządów węgierskich, by po chwili wylądować pod bośniackimi ramionami. Po chwili wolności, z rozsądku i w obawie przed turecką nawałnicą Kotor oddaje się rządom Republiki Weneckiej by po odparciu ataków Tureckich, licznych trzęsieniach ziemi i epidemiach, z tarczą, po ponad 300 latach zostać częścią monarchii Habsburgów, a później Cesarstwa Austrii. W końcu po I wojnie światowej staje się częścią królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a od 1929 roku wchodzi w skład Jugosławii, po rozpadzie Serbii i Czarnogóry i w końcu od 2006 roku niezależnej republiki Czarnogóry. Ten przydługi opis zawiłej historii własnościowej miasta nie ma na celu streszczać wiedzy encyklopedycznej ale wskazać w meandrach historii pewien schemat, który powtarzał będzie się w innych, czarnogórskich miastach, które swą urodę – podobnie jak Kotor – zawdzięczają Włochom zaś obronność Turkom i Austriakom. Patrząc z góry na miasto najłatwiej połapać się w jego skomplikowanym układzie. Jak na dłoni widać grube, miejskie mury, otaczające miasto 4,5 kilometrową pętlą, rozbudowywane od czasu Bizancjum aż po XIX wiek. Baszty, bastiony, wierze, bramy robią ogromne wrażenie. Łatwo zrozumieć dlaczego miasto nigdy nie poddało się tureckim atakom. Ukryte pomiędzy wysokimi, pokrytymi pomarańczem ceramicznych dachówek kamienicami uliczki krzyżują się według sobie tylko znanego klucza. Stąd każdy, kto pierwszy raz odwiedza miasto zgubi się w tej plątaninie. I dobrze, bo błądzenie to najlepszy sposób by zwiedzać starówkę. I tak w końcu trafi się na najpiękniejszy, miejski plac – Trg Sv. Luke, wyłożony kolorowymi mozaikami, z małym ale wspaniałym kościołem św. Łukasza czy do Morskiego Muzeum Czarnogóry w XVIII wiecznym pałacu Grgurina, które cieszy się renomą najlepszego muzeum morskiego nad Adriatykiem, z bogatymi zbiorami cechu marynistycznego „Boka Marine”, który kontrolował handel w regionie już tysiąc lat temu. Zmęczeni oglądaniem bizantyjskich, barokowych, renesansowych architektonicznych cacek możemy usiąść w jednej z restauracyjek i zamówić któreś z lokalnych dań. A ze starówki wyjść trzeba bramami, z których Brama Morska – główna – cieszy się popularnością nie tylko ze względu na dogodne położenie ale i wykute słynne słowa Tito, wypowiedziane w 1944 roku: „Cudzego nie chcemy, swego nie oddamy”.
Moskiewskie smaki
Budva jest inna. Gdy przyjechałem tu kolejny raz jakieś 10 lat temu zauważyłem mnóstwo mercedesów z przyciemnianymi szybami, na moskiewskich tablicach. Ze zdziwieniem zapytałem mojego gospodarza dlaczego Rosjanie przyjeżdżają tu taki szmat drogi. Odpowiedział mi ze śmiechem, że bogaci przylatują, samochody dowożą im szoferzy. Cóż, 3 tys km samochodem w jedną stronę, widać coś musi tu być, magnetycznego. Może legenda fenickiego herosa, który wyrzucony z Teb właśnie tutaj osiedlił się na dobre? Tak czy inaczej Budva, której nazwa pochodzi od greckiego określenia „wół”, robi ogromne wrażenie, głośne „wow” ciśnie się na usta gdy stanie się na murach, podejdzie do cytadeli, obejdzie miasto dookoła i pozagląda przez rozwarte okiennice do domów i mieszkań. Budva jest piękna. Nieco nadgryziona trzęsieniem ziemi z 1979 roku powstała na nowo i wciąż ostro wcina się w morze Starym Grodem. Starówka jest maluśka, nie da się tu zgubić i nie ma co planować zwiedzania, trzeba po prostu przejść po murach a potem ruszyć w wąskie uliczki. Z murami graniczą z dwóch stron miejskie plaże – głośne, tłoczne, piaszczyste i popularne, nagradzane w międzynarodowych konkursach. Bo Budva to imprezowe centrum tej części wybrzeża. Nie ma tu subtelnego klimatu Boki Kotorskiej, jest blichtr, przepych, dużo złota na wszystkich częściach ciała i nieco golizny. Najpiękniejszy widok na miasto roztacza się z apartamentów Vidikovac na zachodzie. Z morza pomarańczowych dachów strzela w górę neogotycka wieża katedry św. Jana Chrzciciela, przechowującą zamknięty w srebrnej ramie obraz „Budwańskiej Bogorodzicy”, posiadający jako cudowne właściwości. Wrażenie robi cytadela, która swój obecny kształt zawdzięcza oczywiście Austriakom, zakochanym w militarnej budowlance. Przyznam, że prócz ukrytej za węgłem, kilkaset metrów od Starego Miasta plaży Mogren, nigdy nie leżałem na miejskich plażach, ale po starym mieście i okolicznych punktach widokowych chodziłem nie raz.
Jedźmy na południe!
Minąwszy ikonę Czarnogóry – wyspę – hotel Święty Stefan, nagrodzony kilka lat temu tytułem Hotel Roku z widokowo najpiękniejszą plażą na riwierze budwańskiej lubię zupełnie zmienić klimat miejskich wycieczek po Czarnogórze i wylądować w muzułmańskim Ulcinju, którego nazwa z języka albańskiego oznacza wilk. Po drodze warto zatrzymać się w Petrovacu, dawnym uzdrowisku, na kieliszek wina w restauracji w starej twierdzy – tym razem weneckiej – i spojrzeć na imponujący klif albo i wybrać się na niewielką wysepkę Sveta Neđelja z malowniczym kościółkiem na szczycie. Dalej jest swojsko brzmiący Bar z zabytkowym Starym Barem, który chociaż na chwilę odsunie nas od wybrzeża. Zatrzymać się tu warto z wielu powodów, ale wspaniały turecki, XVII wieczny akwedukt, podzielony 17 łukami jest tym, który na trwałe zapisze się w pamięci zwiedzającego. Do tego można zafundować sobie spacer uliczkami w całości zrujnowanego miasteczka, oglądać pozostałości wielu domów, kościołów, a w pobliskiej Mirovicy, liczące ponad 2000 lat, prawdopodobnie najstarsze w Europie drzewo – oliwne. Ulcinj jest mi bliski nie dlatego, że jest szczególnie piękny. Będę szczery – socrealistyczna architektura „załatwiła” miasteczko na dobre. Od dzieciństwa moją wyobraźnię rozbudzały bowiem historie pirackie związane z miastem, stolicą piractwa w regionie, gdzie od XIV wieku wyjęci spod prawa z Algierii, Malty czy Tunezji – z Liko Cena na czele – mieli swoje gniazdko. Niech nikogo nie zdziwi pewna nadreprezentacja ciemnoskórych mieszkańców miasteczka. To nie efekt słońca ale pokłosie handlu niewolnikami, którym parali się średniowieczni piraci. W Ulcinju czas płynie wolno. Nawoływania muezina z minaretu dzielą go na godziny i pory, turyści to głównie mieszkańcy Albanii i Kosowa. Miasto ma dwie twarze – pierwsza, ukryta w Kalaja – Starym Mieście – w grubych murach twierdzy tuż nad brzegiem morza, z kamienia, grubo ciosana, z greckim, tureckim, weneckim sznytem wygląda wspaniale – szczególnie z punktów widokowych na południu. W środku jest już nieco gorzej ale i tak z pobliskiej platformy widokowej roztacza się wspaniały widok. Warto też zaglądnąć na Plac Niewolników i spróbować wyobrazić sobie jak kiedyś wyglądał targ, który właśnie w tym miejscu się odbywał. Gdyby ktoś znudził się starówką może przejść się po korzo – deptaku nad Małą Plażą, zasiąść na kawę – a tę robią tu szczególnie dobrą – i popodglądać plażowiczów. Albo do handlowo – sakralnej części miasta, gdzie w wąskich uliczkach – jak na muzułmańskie standardy przystało – znaleźć można mnóstwo malutkich sklepików z pamiątkami i wspaniały targ owocowo – warzywny, na którym ogromne wrażenie robią arbuzy. Bez skosztowania ich słodkiego miąższu pobyt w Czarnogórze nigdy nie będzie pełnowartościowy.
Last modified: 06/07/2026