Na wyprawę z aparatem w ręce zawsze zabieram smartfona. Zazwyczaj nie służy mi do rozmów ale do logowania trasy marszu i – już z poziomu komputera – “łączenia” zapisu GPS ze zdjęciami. 

W ten sposób mam gotową odpowiedź na pytanie, które jeszcze kilka lat temu spędzało mi sen z oczu: gdzie do cholery zrobiłem to zdjęcie.  Fotografując, po prostu loguję całą trasę za pomocą GPS-a i aplikacji Endomodo, która mimo, że służy do czegoś zupełnie innego – świetnie nadaje się też i do zapisu. Odkąd w smartfonie mam przyzwoity aparat fotograficzny, wykorzystuję go w jeszcze jednym celu: przygotowywania “na gorąco” relacje z foto wypraw. O, chociażby taką jak ta, na bieżąco przesyłana na mój profil Facebookowy w czasie pobytu na foto wprawie na Islandii.

Jakiś czas temu miałem okazję prezentować swoje podróżnicze, fotograficzne dokonania w czasie polskiej premiery nowego telefonu Nokia Lumia 1020. Na konferencji pojawiło się mnóstwo dziennikarzy z periodyków traktujących o telekomunikacji, technicznych nowinkach i fotografii. W efekcie powstało sporo testów i recenzji tego dość dziwnego telefonu. Dlaczego dziwnego? Bo po tym jak dostałem go w ręce szybko się zorientowałem, że to w rzeczywistości aparat fotograficzny, który ma funkcję dzwonienia. Brzmi to dość przewrotnie, ale w rzeczywistości częściej wykorzystywałem go do fotografowania niż do rozmawiania. Aparat na pierwszy rzut oka nie różni się od zwykłego smartfona – duży dotykowy ekran, z okiem obiektywu po drugiej stronie, płaski. Nie jestem maniakiem gadżetów, nie zmieniam co kilka miesięcy telefonu, nie rozumiem jak można stać w kolejce po iPhona (!!!). Dla mnie każdy smartfon wygląda prawie tak samo, nie wyczuwam różnic w “dotykaniu” Samsunga Galaxy SIII jakiegoś innego, HTC. Za co dziękuję Najwyższemu.

Z wyglądem tej Lumii jest nieco inaczej. Aparat zmienia nieco swój look gdy wyposażymy go w nakładkę, która zupełnie odmienia filozofie użytkowania. Mamy coś, co przypomina i działa jak aparat kompaktowy czyli niewielki, zgrabny aparat z dużym wyświetlaczem i matrycą… 41 mpix. I własnie to jest dla mnie kluczem do używania i sprawdzania co potrafi.

O parametrach technicznych – zwłaszcza w sensie “telefonicznym” rozpisywać się nie będę, znajdziecie je chociażby tutaj. Zamiast tego zajmę się cechami, które determinują fotograficzną funkcję smartfona i sprawiają, że telefon wart jest zainteresowania:

  • ogromna matryca 41 mpix, która pozwala robić zdjęcia o wielkości podstawy dłuższego boku 7712 piksli.
  • krótka – jak na telefony – ogniskowa obiektywu: 26 mm (dla tzw. małego obrazka czyli standardowego filmu 35mm) dająca całkiem dobry “szeroki kąt”
  • bezstratny zoom w zakresie do X2.7
  • minimalna przysłona: f/2.2 – i to już jest coś! Jasno, bardzo jasno.
  • optyczna stabilizacja obrazu. Świetna sprawa.
  • i teraz uwaga: możliwość ręcznego sterowania ekspozycją (można wprowadzić korektę ekspozycji na + lub -), szybkością migawki, czułością ISO (ISO 100, ISO 200, ISO 400, ISO 800, ISO 1600, ISO 3200), balansem bieli (Zachmurzenie, Żarówka, Jarzeniowe, Światło dzienne, Tryb auto) i ostrością. W efekcie mamy wpływa na w zasadzie cały “trójkąt ekspozycji”. Piszę “w zasadzie” bo nie da się przymknąć przysłony, mamy cały czas f/2.2, pozostałe parametry są konfigurowalne. Całością zarządza się za pomocą wygodnych, dotykowych półokręgów, przesuwanych po ekranie. Na prawdę wygodne i intuicyjne.
  • szybki autofokus i ostrość ustawiana po połowicznym wciśnięciu spustu migawki.
  • zapis dwóch zdjęć – pełnego o wielkości ok. 10 MB i małego (3072 pixli w podstawie), ważącego ok. 2 mb i nadającego się np. do wrzucenia na Facebooka, Dropbox etc.
  • program “PANORAMA” pozwalający robić świetne panoramy cylindryczne (pobocznica walca)
  • program edycji, pozwalający na ciekawe efekty kolorystyczne (spodoba się miłośnikom Instagrama) – w tym efekt baby lens, czyli słynnej “miniaturyzacji świata”
  • możliwość wyłączenia dźwięku migawki – aparat jest absolutnie cichy.


Aparat nie ma klasycznego zooma, wykorzystuje coś co można nazwać “cropem” czyli wycina z obrazka ten fragment, który chcemy zbliżyć. Jeśli operujemy w niewielkim zakresie zoomowania – takie rozwiązanie całkiem dobrze się sprawdza. Z mojego doświadczenia wynika, że ISO do 400 jest zupełnie dobre, robocze zaś 800 akceptowane. Wyżej jest już gorzej. Aparat “zatyka” się na kilka sekund w czasie zapisywania zrobionego zdjęcia i to może być problem – zwłaszcza gdy chcemy zrobić kolejne i kolejne zdjęcie.

A po co o tym wszystkim piszę? Bo gdybym miał teraz kupować nowego smartfona, a mój telekomunikacyjny operator dałby mi szansę wybrać tę Nokię  – zapewne zdecydowałbym się na zakup (musiałbym się przyzwyczaić do Windowsa, a chyba wolę Androida. I to byłby zapewne jakiś problem). Bo to aparat, który z powodzeniem mogę używać w czasie wypraw, do przygotowywania “making of-ów”, fotografii ulicznej, fotografowania panoram i widoków. Nie zastąpi mi lustrzanki. Ale też nie predysponuje do tego. Z powodzeniem jednak może zastąpić dobry aparat kompaktowy. Prócz fotografowania mam w końcu i telefon i GPS i WiFi, nawigację i mnóstwo innych, przydatnych w podróży  funkcji, w tym kamerę. A że jestem zwolennikiem minimalizacji zabieranych “gratów”, takie kombo z pewnością by się sprawdziło. 

Poniżej kilka zdjęć wykonanych Nokią – w tym te zrobione w czasie minionej wyprawy do Norwegii, której efekty możecie zobaczyć u australijskich przyjaciół z CyclingTips.com.au.

…i kilka zdjęć wykonanych w czasie spaceru po Krakowie.