Przed tym zapachem nie da się ani obronić, ani go zapomnieć. Przykleja się do podeszw butów, osiada na odzieży, we włosach. Jest mocny i drażniący. To zapach tak samo pieniędzy, tradycji, jak lankijskiej siły życia.

Poranek wita mnie na piaszczystej plaży w Negombo niedaleko stolicy Sri Lanki – Colombo. Miejsce zawsze wygląda tak samo. Jak okiem sięgnąć, na wielkich, utkanych z włókna z orzechów kokosowych matach wylegują się ryby. Całe, niewielkie tusze sardynek sąsiadują ze znacznie większymi tuszami, rozpłatanych, niebieskopłetwych tuńczyków. Dookoła mat krzątają się kobiety, pochylone, mechanicznym ruchem odwracają do słońca ryby. Te mniejsze co dobę, większe co dwie. Tuż obok suszących się ryb, pod niewielkim zadaszeniem pracują ci, dzięki którym codzienne połowy mają szansę stać się daniem restauracyjnym. Żmudna praca, monotonna – przeciąć, uciąć, wyrwać, wrzucić do kosza. A potem – już na dwie pary rąk – pomknąć z koszem do morza, wypłukać, oczyścić. Wypatroszone, oczyszczone i zasolone lądują w plecionych koszach i jadą w głąb wyspy – do restauracji i sklepów. Bo białkowa dieta mieszkańców Sri Lanki opiera się głównie na rybim mięsie.

Rybi market

Na market w Dodanduwie ruszam, nim wstanie słońce. W porcie stoją już niewielkie, kolorowe łodzie, a ryby są już porozkładane na wielkich, kamiennych stołach. Krzątanina, dwójka mężczyzn przebiega z czerwoną skrzynką wypełnioną małymi rybami. Tuż o wschodzie słońca zaczyna się giełda, padają licytowane kwoty. Prowadzący aukcje sprawnym ruchem nacina znak na ogromnym, ważącym dobre 50 kilogramów cielsku tuńczyka. Sprzedana! Pod młotek idą kolejne. Później tuk-tuki zaadaptowane do transportu ryb wywożą ten morski urobek do okolicznych restauracji. Dookoła portu tłoczą się ptaki. Nadlatują, próbują dorwać się do wyrzuconych na brzeg wnętrzności ryb, walczą o najlepsze kąski.

– W morzu byliśmy prawie dwa tygodnie – tłumaczy mi jeden z zagadniętych rybaków. Opowiada, jak to stojąc na specjalnej konstrukcji łodzi wypatruje się ławicy ryb, a potem w akompaniamencie ryczącego na pełnych obrotach silnika  płynie dookoła i w tym samym czasie wypuszcza sieci do wody. Kolejny krok – ściągnięcie i zamknięcie sieci od dołu, wciągnięcie połowu na łódź.

– Mamy prawie pięćset kilo ryby – chwali się rybak. Króluje tuńczyk, ten żółty i niebieskopłetwy, kulinarne rarytasy. Ma się czym chwalić, bo kolorowo wcale nie jest. Rybołówstwo to ciężka i niebezpieczna praca, czasem przywozi się mnóstwo ryb, a czasem wcale, akweny są przetrzebione, na dodatek zdarza się rybackie piractwo. Gdy rozmawiamy, pojawiają się mieszkańcy okolicznych wiosek. Kupują detalicznie – kilka, kilkanaście ryb, i tak co dzień – zawsze świeże. Do restauracji, prócz ryb, trafiają wszelkiej maści owoce morza, z ośmiornicami, kalmarami, krabami, mątwami, langustami, ostrygami na czele. I oczywiście wielkie krewetki.

Wojna o krewetki

Zaczęła się tuż po tym, gdy w 2009 roku Sri Lanka “rozwiązała” problem zamieszkujących północ wyspy Tamilów pochodzących z Indii. Piszę w cudzysłowie, bo trwająca od 1983 roku wojna pomiędzy separatystycznymi, tamilskimi bojówkami, a syngaleską armią zakończyła się regularnym ludobójstwem. Dziś ów konflikt odradza się gdy w szranki stają narodowe drużyny grające w krykieta i wtedy, gdy na lankijskie wody terytorialne zapuszczają się indyjskie trawlery. Indyjscy rybacy stosują kontrowersyjne metody połowu – wyczesują głębokimi sieciami zasobne w ryby i przede wszystkim w wielkie krewetki – wody cieśniny Palk, oddzielającej Indie od Sri Lanki. Kłusownicy tłumaczą się tradycją,  a poszkodowani nie przebierają w środkach – protestują, ale i biorą sprawy w swoje ręce – zdarzają się konfiskaty kłusowniczych łodzi, pobicia, a nawet przypadki śmierci. Dla lankijskich rybaków zasobne wody cieśniny Palk to być albo nie być. Nie mają innego wyboru.

Pale w wodzie

Problem z rybołówstwem narósł na Sri Lance po 2004 roku. Wysokie na kilka metrów fale tsunami uderzyły w wyspę, zabiły blisko trzydzieści tysięcy osób, zniszczyły infrastrukturę, domy, szkoły, linie kolejowe, a z prawie miliona osób uczyniło bezdomnymi. Dla lankijskich rybaków tsunami było nie tylko katastrofą społeczną, ale i gospodarczą. Fale zniszczyły dziesiątki tysięcy łodzi – trzy czwarte floty; porwały kilometry sieci, zmieniły układ dna i tym samym zmodyfikowały łowiska. Blisko połowa osób, które straciły wówczas środki do życia, utrzymywała się właśnie z rybołówstwa. Po tsunami odżyła tradycja karavalai. Ta metoda połowu polega na wywiezieniu łodzią wielkiej, parabolicznej sieci w morze i później ciągnięciu jej z brzegu przez tłum rybaków. Połowy są mizerne, ale pozwalają rybakom związać koniec z końcem. Tak samo jak słynne, wręcz ikoniczne dla wyspy połowy na palach. Wprawdzie tradycja jest dość młoda, bo sięga drugiej wojny światowej, ale stała się symbolem lankijskiego południowego wybrzeża rybołówstwa. Na dodatek  słynne zdjęcie Steve’a McCurry’ego, przedstawiające rybaków na palach, na dobre zawładnęło wyobraźnią turystów wybierających się na Sri Lankę. Rybacy, zawinięci w turbany, z sarongiem w pasie, przycupnięci na niewielkich poprzeczkach pali wbitych w morskie dno wyglądają niczym rzeźby. Od czasu do czasu poruszają wędką, czasem coś uda im się wyrwać morzu.

– To wszystko na pokaz, dziś już nikt tak nie łowi bo przy brzegu po prostu nie ma ryb – tłumaczy mi kierowca tuk-tuka. Ci, którzy kultywują tradycje stworzyli sobie model zarobkowania, który świetnie się sprawdza, gdy przy plaży Koggala zatrzyma się autobus z turystami. W jednej chwili na pustych palach pojawiają się rybacy, a do wychodzących z autobusu podchodzi jeden z rybaków i zbiera pieniądze za zdjęcia.

– Za jeden kilogram złowionych sardynek można dostać w sezonie około pięćdziesiąt rupii, a za jedną sesję na palach nawet tysiąc – wylicza mi rybak z plaży Koggala. Ci, którzy posmakowali łatwych pieniędzy, niechętnie wracają do rybołówstwa. No chyba, że nie mają wyjścia — zamach bombowy w niedzielę wielkanocną 2019 roku, a później epidemia COVID-19 zredukowały skalę zagranicznych przyjazdów na wyspę o ponad dziewięćdziesiąt procent. Wszyscy rybacy wrócili do pracy na morzu.

Last modified: 06/07/2026