Pin It

Ostatni raz byłem tu 14 lat temu i muszę przyznać, że… niewiele pamiętam. Nie, nie, bez domysłów! Po prostu byłem tak zaaferowany całym  wyjazdem, że postój na jedną noc i dzień w Stambule jakoś mi się zatarł.

Oprócz tego, że ukradziono mi buty, w meczecie (całą historię możecie przeczytać w książce „Pojechane podróże. Szalone wyprawy Trzech Żywiołów”), nic ciekawego się nie wydarzyło.

Ostatnim razem wydarzyło się wiele, o wiele więcej. Stambuł zaskoczył mnie, oczarował. Nie boje się powiedzieć –  uwiódł. To miejsce tryska tak ogromną energią i jest tak różnorodne i inne od wszystkich wielkich miast, że ciężko wyrazić to w jednym zdaniu, jednym akapicie. To temat na zupełnie inną opowieść.

W Stambule wszystkie drogi prowadzą… na kebaba. No tak, okej. Ale jak już się tego kebaba zje to idzie się na Grand Bazaar. Szedłem tam licząc, że zobaczę coś, co chociaż odrobinę przypomni mi suk w Marrakeszu. Nic podobnego. Grand Bazaar to grzeczny kuzyn tego marokańskiego. Większy tam porządek, mnóstwo pięknych, ociekających złotem, srebrem, bajecznymi kolorami lamp witryn. Mniej rękodzielników, którzy tu i teraz, na oczach kupujących wykuwają w trudzie kolejne pamiątki, ozdoby, przedmioty codziennego użytku.

To chyba największy i najstarszy, kryty bazar na świecie, którego historia sięga ponad 500 lat wstecz. Codziennie odwiedza go ponad 400 tys. osób, ale ogrom miejsca sprawia, że nie czuć tu jakiegoś szalonego tłoku. I nawet jeśli ktoś nie ma ochoty nic kupować –warto tu zaglądnąć. Chociażby dla zdjęć, takich jak to. Albo dla architektury – piękne, malowane sklepienia, łuki, kolumny… Chciałoby się tu spędzić wiele godzin, dni. Może następnym razem mi się uda?

Właściciel rodzinnego interesu Selvi El Sanatları (od 1948 roku) na Grand Bazaar w Stambule. 2012

A może to Cię zainteresuje?