Pin It

Pierwszy czerwca to specjalny dzień, w którym uważniej przyglądam się sobie w lustrze.

Patrzę i próbuję przypomnieć sobie minione lata, dziecięcej naiwności. Sprawdzam czy wciąż pamiętam ile we mnie zostało z dzieciaka. Na ile nieznośna dorosłość zamieniła mnie w kogoś, kogo będąc dzieckiem w żadnym stopniu nie akceptowałem. A dziś muszę się z nim zmagać, od rana do nocy.

Robiąc zdjęcia dzieciakom czasem je zagaduję, czasem po prostu obserwuję. Fotografuję i próbuję sobie przypomnieć jak to było w dzieciństwie. Czy były jakieś problemy? Jasne, i to z serii tych nierozwiązywalnych. W końcu dziecięcy umysł potrafi całkiem dobrze wyolbrzymiać. Czy była beztroska? Oczywiście. W końcu prócz szkoły i relacji z rówieśnikami nie miałem wiele więcej na głowie.

Ale było coś jeszcze, coś co nam dorosłym umknęło wraz z coraz to większą stertą kartek wyrywanych z kalendarza. Coś za czym tęsknię nieprzerwanie: za tą dumą, gdy spod trzepaka pod blokiem, w którym mieszkałem pierwszy raz poszedłem samodzielnie „na miasto”, za pierwszym rowerem i pierwszymi 100 metrami na nim. Za aluminiowymi sankami, które były najszybsze na osiedlu i za smakiem ciepłych pomidorów zrywanych w szklarni. Tak samo jak za smakiem kukurydzy z ogniska, gumą Dolnald, pierwszym obozem harcerskim i pierwszym wyjazd do Czechosłowacji, na rowerze.

Ota Pavel w „Śmierć pięknych saren” napisał: My chłopaki – a było nas trzech – bardzo chętnie jeździliśmy w okolice krzywoklackiego zamku. Wówczas nie wiedziałem dlaczego, dziś wiem. Mój tatuś już wtedy zrozumiał, że kiedyś mogę zobaczyć bulwary Paryża i drapacze chmur Nowego Jorku, ale już nigdy nie będę mógł całymi tygodniami mieszkać w chacie, gdzie pachnie w piecu chleb, a w kierzance ubija się masło, bo obok tych chałup będą kiedyś parkować skody, a w środku migotać telewizory, i podadzą tu człowiekowi kiepską czarną kawę i niedopieczony chleb.