Pin It

Od dawna marzyłem o kraju, który mógłbym poznać i ogarnąć. Ogarnąć wyobraźnią, wiedzą; zjechać od wschodu do zachodu, z północy na połódnie.  Zrozumieć i polubić.

Taki kraj miałby być z definicji dość mały, niezbyt stary i niezbyt – historycznie – skomplikowany. Bo ja się szybko zniechęcam. A tak – małe jest piękne i łatwo je ogarnąć. Swojego czasu myślałem o Czechach i Bhutanie. Chwilę o Madagaskarze. Potem o Nepalu i Serbii. Nie udało się. Czechy zajął już Mariusz Szczygieł. Bhutan jest poza zasięgiem finansowym, Nepal okazał się nieciekawy, a serbski – bałkański tygiel tak złożony, że mi się po prostu nie chciało. Został Madagaskar – jedno z najciekawszych i najbardziej oryginalnych miejsc jakie odwiedziłem. Ale i tu oddałem pole Arkowi Ziembie – a niech ma ten swój Madagaskar! Ogarnia go tak jak ja bym ja to robił, a może nawet i lepiej, więc nie czuję zazdrości, kibicuję i cieszę oko za każdym razem gdy pokazuje coś nowego.

I wymyśliłem sobie Islandię. Chociaż nie ja pierwszy. Największa mniejszość tego wyspiarskiego kraju to Polacy. Jest nas tam około 10 tys. czyli prawie 3% wszystkich homo sapiens. Sporo. Tymczasem spędziłem na wyspie już blisko 2 miesiące, i nie zamierzam pisać książki o Islandii. Tak, wiem, to niecodzienne zachowanie z mojej strony, bo książki „byłem i widziałem” powstają już nawet po dwutygodniowych pobytach. Z biurem podróży na dodatek. Jeszcze nie. Chcę to ogarnąć.

To co wiem i czuję kiedy myślę o Islandii można porównać do włożenia dłoni we włosy pięknej dziewczyny: są miękkie, pachną, są gładkie i mocne, czuję ciepło. Ale nie wiem nic więcej. Póki co pogładziłem dłonią grzywy islandzkich kuców. Są miękkie, gładkie i mocne. Nie pachną ładnie, ale to mi akurat w ogóle nie przeszkadza. Bo gdy się tak głębiej zastanowię to właśnie ogromne uczucie i tkliwość, które czuję do tych niesamowitych koni i zimne, księżycowe krajobrazy ciągną mnie tu, na wyspę. Islandia jest krajem pełnym turystów, ale wystarczy zrobić skok w bok, oddalić się, przejechać 2 km by zostać w totalnej dziczy, miejscu odosobnienia. Stać sam na sam z ogniem, wodą, lodem. Czuć wiatr i sól, szorstkość wulkanicznych skał. W tym wielkim – małym kraju czuję się jak u siebie – bez wszechobecnej cywilizacji, bez dźwięków miasta. Chciałbym kiedyś po prostu pójść, przed siebie, w interior. Minąć wielkie pastwiska, na których w końskich grzywach buszuje wichura. Bo tu wieje, zawsze, wszędzie, z każdego kierunku. No więc minąłbym te pastwiska, żegnany tęsknym wzrokiem kuców i szedł, szedł, zostawiając za sobą wszystko i wszystkich. Bo teraz tylko gładzę włosy Islandii, czuję szorstkość, i chłód i wiem, że tak będzie zawsze. I godzę się z tym. Pomyśleć, że jakieś 20 lat temu uwielbiałem spędzać czas na karaibskich plażach. Uwierzycie?