Pin It

Wstyd przyznać, ale… pomyliliśmy pociągi. Wsiedliśmy do tego, który jechał dokładnie w przeciwnym kierunku. Są jednak pewne okoliczności łagodzące…

Czwartkowa pobudka, jak zwykle 6 rano. Pakowanie, sprzątanie, zastanawianie się, czy wszystko zabrane. Pośpiech. W planach mamy wyjazd w jedno ciekawe widokowo miejsce – Planai, z którego świetnie widać cały masyw Dachsteina. To miało być pożegnanie z tym cudownie spokojnym Ramsau. Niestety, pogoda pokrzyżowała nasze plany. Rozlało się, zachmurzyło… Postanowiliśmy więc nieco wcześniej pojechać do Millstatt w Karyntii – naszego kolejnego miejsca na trasie. Na dworzec w Schladming miała nas zawieźć Monika z Ramsau Tourismusverband, zadzwoniła, że nie da rady i że zawiezie nas sam szef, ale kwadrans później. Super, pomyślałem. Z hotelu na dworzec mieliśmy w końcu niespełna 15 minut. – Zdążymy – uspokajałem Anię. Nasz transport niestety nieco się spóźniał, a my zaczęliśmy się niepokoić, bo następny pociąg odjeżdżał dopiero za dwie godziny. W końcu zauważyliśmy na horyzoncie znajome auto, po chwili siedzieliśmy w środku i oddali się miłej pogawędce z Heinzem – o Justynie Kowalczyk, końskiej styryjskiej republice i rosyjskiej kadrze narodowej. Na dworcu czekał nas jeszcze zakup miejscówek i ruszyliśmy na perony. A dokładnie na jeden peron, bo jak wcześniej donosiłem – Schladming szykuje się na Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim w 2013, więc budują, budują, budują. Kiedy wkraczaliśmy na peron – wjechał właśnie pociąg, na drzwiach miał informację z trasą, stało jak byk: Z…. Do… a w środku: Bischofshofen – czyli tam gdzie jedziemy, do miejsca pierwszej przesiadki w drodze do Millstatt! Numer pociągu – zgadza się, zerkam na miejscówkę – wagon 19, patrzę na drzwi – nooo stoimy przed wagonem 19. Konduktor zagwizdał, pokazuje, żeby wsiadać. Wsiadamy. Ale coś mnie niepokoi. Patrzę na zegarek – kurcze, nasz pociąg ma odjechać dopiero za 10 minut! Pytam w przedziale jakąś pasażerkę… Cholera, siedzimy w dobrym pociągu, tyle, że ten jedzie w przeciwnym kierunku. Na dodatek to Intercity… Czyli pewnie zatrzymuje się jak ten z Warszawy do Gdańska, po 5 godzinach. Ale wtopa! Po chwili zjawia się konduktor, pytam go o pociąg, tłumaczę, że wsiedliśmy w zły. Uśmiecha się i mówi, że za 30 min pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji. Uf… chociaż tyle, jedyna strata to miejscówki i czas, musimy jednak pojechać tym za dwie godziny. Co za zbieg okoliczności, te same pociągi jadące w przeciwnym kierunku spotykają się na stacji w Schladming mniej więcej o tej samej porze!
Mapa odwiedzonych miejsc, każdego dnia będziemy ją uzupełniać o nowe pozycje

Kiedy już wsiedliśmy do właściwego pociągu i oddali przyjemności jazdy we właściwym kierunku, za naszymi oczami krajobraz kolejny raz zaczął się zmieniać. Pociąg mknął wąskimi, skalistymi dolinami, pokonując co chwilę kolejne tunele, przebijaliśmy się na drugą, południową stronę Alp. Mijaliśmy miejscowości, które każdego zapalonego narciarza przyprawiają o drżenie łydek: Radstadt, Eben, St. Johan im Pongau, Bad Gastein… Opuściliśmy Styrię i po dwóch godzinach wysiedliśmy w Spittal an der Drau w Karyntii, najbardziej słonecznym, austriackim landzie. Na dworcu czekała na nas Michaela. Już po chwili mknęliśmy do oddalonego o kilka kilometrów Millstatt.

_PTR2508-01

Oj, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Już samo usposobienie naszej przewodniczki z tutejszej organizacji turystycznej sprawiło, że czuliśmy się jak u siebie. Krętymi dróżkami, pnąc się w górę i w górę, dotarliśmy do Alexanderhof, naszego nowego domu (na kilka dni) i od razu, już w pokoju rzuciliśmy się w kierunku tarasu. Co za widok! Dookoła góry, pod nami wielkie jezioro, na jego północnym brzegu przycupnięte, małe i zwarte miasteczko – Millstatt. Idyllicznie. Millstätter See jest drugim co do wielkości jeziorem Karyntii, landu, graniczącego od południa ze Słowenią i Włochami. Długie na ponad 12 km jezioro polodowcowe, z kilkoma niewielkimi miasteczkami usytuowanymi na jego brzegu to latem jedno z najpopularniejszych miejsc wypoczynku w regionie.

_PTR2546-01

_PTR2555-01

_PTR2569-01

_PTR2564-01

Szybko rozpakowujemy rzeczy i ruszamy na kolację, Michaela przyszykowała dla nas jakąś niespodziankę. Po niespełna 5 minutach (jak się później okazuje w Millstatt wszędzie jest 5 min. drogi), docieramy do ogrodu – wąski wjazd, szutrowa droga, na końcu budynek przypominający śródziemnomorskie wille. Okazuje się, że to słynna Villa Verdin – hotel i restauracja. Przy stolikach, na zewnątrz, z widokiem na jezioro bawi się wesołe towarzystwo – wielkie kieliszki wina, oliwa, chleb, uśmiechy na twarzach. W środku – klimat żywcem wyjęty ze stylowych, nieco eklektycznych wnętrz krakowskich knajpek na Kazimierzu. No to jesteśmy w domu 🙂 Obsługa… długo by pisać. Bo generalnie w Austrii jest tak, że do obsługi w restauracjach ciężko mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Tutaj, jeden z kelnerów, który spokojnie mógłby obsługiwać w knajpkach nad Adriatykiem, dość luźno i po przyjacielsku rozpoczął z nami rozmowę, podał kartę, a kiedy okazało się, że włosko – austriackie nazwy są dla nas mało zrozumiałe – po prostu przysunął sobie krzesło i dosiadł się do naszego okrągłego stołu, tłumacząc poszczególne dania. Jedzenie było raczej lekkie – jak na śródziemnomorską kuchnie przystało, wino przednie, a atmosfera wyśmienita. Z głośników sączyła się miła muzyka (a to nie jest w Austrii regułą :)), także po dwóch godzinach nie mieliśmy ochoty ruszać się dalej. Michaela zaprosiła nas jednak na drinka na słynnej „wyspie ognia”- musieliśmy tam być.

_PTR2594-01

_PTR2598-01

_PTR2602-01

_PTR2608-01

Po 5 minutach dreptaliśmy w kierunku czegoś, co przypominało zacumowaną do brzegu, szklano – stalową piramidę. Po chwili siedzieliśmy na wygodnych sofach Kap 4613 – baru na wodzie, zorganizowanego w ten sposób, że główna część – piramida – przymocowana jest do brzegu na stałe, zaś kwadratowy taras można odcumować i popłynąć nim w głąb jeziora – co czasem się zdarzało – opowiadała Michaela. Pod nogami mieliśmy wysypany piasek, przed nami w wielkiej, stalowej misie płonęło ognisko, za plecami zachodziło słońce, kładąc długie cienie po wodzie jeziora. Czyżbym znalazł idealne połączenie – góry, woda i śródziemnomorski klimat w jednym miejscu. W Austrii?

Ania&Piotr

A może to Cię zainteresuje?