Pin It

_PTR4886-01Już od kilku dni zastanawiamy się dlaczego górscy przewodnicy w Austrii są tak wysokiego wzrostu. Póki co nie znaleźliśmy jednoznacznej odpowiedzi. Każde z nas ma swoje zdanie.

A prawda jest pewnie banalna – zbieg okoliczności, takich dane było nam spotkać. Po prostu. Tymczasem jednak spieramy się o to, czy wysocy mają w górach lepiej. Bo żeby 190 cm mieć i po górach łazić… Taki Szerpa ma 160 i rozmiar buta 46 (pewnie lepiej się trzyma na śliskim) – w ten sposób Matka Ziemia przystosowała go i do głodu tlenowego i lepiej chroni przed zimnem. Duża stopa ułatwia targanie tych dziesiątków kilogramów, za himalaistami. Ale przewodnik w Alpach? Ani tu za zimno nie jest, wysokości też – w porównaniu do Himalajów – niezbyt duże. Idąc dalej tym tropem – taki Krzysztof Wielicki też do wielkich (wzrostem) nie należy. Albo, o – dobry przykład – Piotruś Pustelnik. Mizernego wzrostu chłop. Chociaż silny!

_PTR4915-01

A moim zdaniem chodzi o kasę. Bo jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o kasę. W tym przypadku nie wprost ale pośrednio. Kiedy w Filzmoos dreptałem noga w nogę z Coenem, zauważyłem, że ten robi średnio o 30% dłuższy krok ode mnie. Niby nic, ale gdy policzymy, że przy kroku powiedzmy 60 cm on robi 80 cm, to znaczy, że kiedy ja zrobię ok. 1700 kroków to przejdę kilometr. Zaś on po 1700 krokach będzie na blisko 1,4 km! Będzie szybciej, dla tej samej odległości zrobi mniej kroków czyli mniej zużyje buty, stawy… I wychodzą z tego czyste, zaoszczędzone pieniądze!

_PTR4891-01

Miejsca, które odwiedziliśmy, mapa jest na bieżąco aktualizowana.

Gdy tak sobie gaworzyliśmy z Aneczką w drodze pod dolną stację kolejki, zadzierając głowę do góry i patrząc na wielkie chmurzyska, nic nie wskazywało na to, że z pogodą będzie lepiej. Wczoraj, kiedy dotarliśmy do Dorfgastein w dolinie Gastein i ulokowaliśmy się w przytulnym, położonym 10 metrów od kościoła hotelu Steindlwirt, na niebie jakby przejaśniało. Widać tylko na jeden dzień. Naszym „austriackim łącznikiem” jest tu Nina Stumtner z Gasteinertal Touris Board. Spodobała nam się od pierwszego wejrzenia – całe auto, którym wiozła nas z dworca, wyładowane miała sprzętem wspinaczkowym. Tak łączyć pracę i przyjemności – to rozumiem! Przy rozmowie w czasie lunchu okazało się, że wspina się na potęgę – i to nie tylko w Europie. Szczęściara. Dolina Gastein to w rzeczywistości trzy miejscowości: Bad Gastein (dostojne, z górnej półki – także dla miłośników życia nocnego) Bad Hofgastein (miasto SPA – jeśli lubicie gorące źródła – koniecznie zatrzymajcie się tutaj) i Dorfgastein (dla miłośników wędrówek górskich i rowerów – dla aktywnych). W tym ostatnim dane nam było zatrzymać się na kilka dni. Miasteczka oddalone są od siebie o kilka kilometrów, stad pobyt w dolinie można podzielić po równo – pobawić się, powypoczywać w SPA i pokusić się o trochę aktywności fizycznej. Czyli – dla nas jak znalazł! Zwłaszcza, że wszystkie połączone są siecią wygodnych ścieżek rowerowych, które biegną trochę po płaskim, trochę po górkach – jaki kto sobie wybierze wariant.

_PTR4886-01

Poranek, nieco deszczowy, do czego w końcu udało nam się przyzwyczaić, powitaliśmy na dolnej stacji kolejki w Bad Hofgastein – Schlossalmbahn. Tam czekał już na nas Gerhard Angerer ze szkoły wspinania i narciarstwa. I okazał się wyjątkiem, który potwierdził regułę – był dość niskiego – jak na przewodnika – wzrostu! Na szczęście Gerhard nie zwrócił uwagi na nasze dziwne spojrzenia i śmiejące się oczy. Szybko wyładował ze swojego busa dwa plecaki sprzętu i ruszyliśmy do góry. Na początku koleją szynowo – terenową (coś jak na górze Żar) i dalej wagonikiem (jak na Kasprowy) na linie. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na ponad 2000 metrach przy Schlossalm, na termometrze straszyło 6 stopni… Nic to dla nas, Gerhard obiecał, że nas dziś rozgrzeje. Rano nie mieliśmy jeszcze pojęcia jak bardzo i jak szybko sprawdzi się jego obietnica. Tymczasem Gerhard rozdał nam uprzęże i specjalne lonże do wspinania na viaferracie, kaski i rękawiczki. Dziś bowiem miał nastać TEN DZIEŃ, kiedy na poważnie dotkniemy skały. Jak wyglądała nasza trasa – wystarczy kliknąć tutaj. Musze przyznać, że myśl ta wywoływała we mnie miłe emocje, dreszczyk niepewności, ciekawość. Ania natomiast jakoś nie poruszała – swoim zwyczajem – tematu. Cóż, zobaczymy na miejscu. Ruszyliśmy, przed nami blisko godzina do góry, w tym jedno dość ostre podejście. Minęliśmy jezioro, które latem służy do rekreacji (dookoła zbudowano kilka tras spacerowych, są ławki w miejscach widokowych), zimą jako rezerwuar wody do armatek śnieżnych. Zaczęło mocno wiać i temperatura odczuwana spadła do blisko zera. Kiedy dotarliśmy pod skałę mój wzrok przykuł dość długi mostek, tzw. małpi most, składający się z trzech lin. – Oj, będzie się działo, pomyślałem i spojrzałem na Anię. Nie zauważyła mostu, zajęta rozmową z Gerhardem.

_PTR4822-01

_PTR4824-01

_PTR4829-01

a_022

Już na pierwszy rzut oka było widać, że droga jest świeżutka – lina była nowa, uchwyty podobnie. Dolina Gastein dopiero zaczęła inwestycję w takie ubezpieczone trasy. Ta, wysoka na 130 metrów (2 x wieża Kościoła Mariackiego) miała nam zająć około godziny. Schowałem aparat do plecaka i czekałem na start Ani i Gerharda. Przewodnik wspomniał tylko, że pierwsze 20 metrów jest najgorsze. I jak to zrobimy dalej będzie już tylko lepiej. Ja miałem iść na końcu, Ania w środku zaś Gerhard miał prowadzić i ubezpieczać, w razie potrzeby. Ania ruszyła na skałę i tak jak stała tak całą sobą dała do zrozumienia, że to chyba nie dla niej. No dobra, powiem wprost: od samego początku była na „nie”, a start na drodze jeszcze ją do tego zbliżył. „Nie, nie dam rady, nie.” – stałem na dole i czekałem kiedy zobaczę jak schodzi. Co się okazało – Gerhard sprawdził się jako świetny negocjator! Czegóż on nie wygadywał! W efekcie pupa Ani była coraz wyżej, wyżej, wyżej nad moją głową… Ruszyłem i ja. I też miałem problem, na tę drogę po prostu nie dało się wejść. Śliska, mokra skała i nie ma na czym nogi postawić. Na szczęście wspinaliśmy się w specjalnych rękawiczkach, przez które nie czułem ani chłodu ani wilgoci. Szybko przypomniałem sobie wszystkie triki z mojej mizernej wiedzy na temat wspinaczki skałkowej. Zacząłem piąć się do góry. Ciągłe przepinanie się z liny do liny było – im wyżej tym bardziej – męczące. W kilku miejscach poszedłem na całość i wszedłem w zasadzie na rękach, nie troszcząc się za bardzo o to gdzie stawiam nogi. Po kilkunastu minutach stanęliśmy przed długim na ok. 40 metrów małpim mostem. Czułem że ręce nieco mi się „zbuliły”, trzeba więcej włazić na nogach, pomyślałem. Most był okazją do zrobienia kilku zdjęć. Ania przemknęła po nim jak baletnica. Niech mi jeszcze raz powie, że ma lęk wysokości… Spacer po pojedynczej linie z 20 metrami powietrza pod sobą to nie jest zabawa dla lękających się wysokości. Ciągle jej powtarzałem, że nie boi się wysokości tylko nie jest z nią oswojona, a to normalne zjawisko. Teraz mieliśmy tego przykład. Gerhard miał ubaw po pachy widząc nasze męczarnie i dyskusje. No ale rzeczywiście było ciężko – droga mokra jak cholera, buty w ogóle nie trzymały się na skale, ślizgając się cały czas. Jakoś przeszedłem ten most, chociaż lina była jak posmarowana smalcem – wszystko cały czas się ślizgało.

_PTR4835-01

a_028

_PTR4842-01

_PTR4849-01

Przed nami było nieco lżej, a potem znów trudność C – czyli trudno (najtrudniej jest na E – Sky Walk w Ramsau jest tak wyceniony). Gerhard przestał zwracać na mnie uwagę, dopingował Anię, która w końcu uparła się i drałowała w górę. A pomyśleć, że rekomendował nam tę trasę jako „trasa nawet dla dzieci”… Chyba tych jeszcze nienarodzonych. W końcu dotarliśmy na przedwierzchołek. Zaczął sypać śnieg, skała była zlodzona i zaśnieżona, wiało okropnie, a stalowi lina zaczęła obrastać lodem. Nieuważnym czytelnikom przypominam, że było lato… Ania z Gerhardem ruszyli do przodu, ja przysiadłem obok małego ktrzyża i zacząłem ich fotografować. Boże, jak mi było zimno. Wyczekałem 5 minut i ruszyłem za nimi. Po chwili, po przebyciu dość eksponowanej grani stanąłem obok dwójki na wierzchołku Mauskarspitze 2373 m n.p.m. W innych okolicznościach przyrody urządzilibyśmy sobie piknik pod krzyżem na szczycie, niestety, pogoda zmusiła nad do natychmiastowego zejścia. Czułem ręce i plecy, mięśnie zostały zmuszone do wysiłku, bez pytania czy im to się podoba czy nie. Zastanawiałem się co będę czuł jutro. Tymczasem przed nami jakieś 45 mi zejścia. Oj, było baaaardzo stromo. Na dodatek ślisko. Ania miała kije, a ja, baran, nie zabrałem swoich. Myślałem tylko o jednym – ciepłej zupce gulaszowej. I piwku pszenicznym 🙂 Najważniejsze mieć motywację!

_PTR4845-01

_PTR4866-01

_PTR4876-01

Kiedy zajadaliśmy w najlepsze w restauracji na górnej stacji kolejki Gerhard trochę nas pochwalił, a my trochę się usprawiedliwialiśmy – bo wolno wspinaliśmy się z powodu mokrej trasy, śniegu, chłodu. Wszystkiego po trochu bo trasa w rzeczywistości nie była szczególnie trudna (należała do ferrat średnio – trudnych), a nam zeszło z nią dobre 1.5 godziny. Dlatego w rzeczywistości uznaliśmy to za zimowe wejście, dlatego ani przez chwile nie mieliśmy wyrzutów sumienia – dłużej bo zimą. A że to czerwiec… W miłej, ciepłej atmosferze wypytywałem Gerharda o jego górską karierę. Okazało się, że pracował jako przewodnik i w Szwajcarii i we Francji, do dziś prowadzi tam grupy. Od kilkunastu lat prowadzi szkołę narciarską i górską w dolinie Gastein, zabiera gości zarówno na górskie wędrówki jak i ambitne wspinaczki. Może kiedyś zabierzemy się z nim na Grossglocknera? Gerhard ma idealne podejście do ludzi, absolutnie spokojny, z każdego napotkanego problemu robi zagadnienie, które szybko rozwiązuje, w oparciu o możliwe środki i sposoby. Klasyczny profesjonalista, bardzo nam się spodobał. Czuliśmy się z nim całkowicie bezpieczni, bo w końcu największe niebezpieczeństwo na drodze to były nasze „strachy” w głowie, a nie trasa jako taka. A Gerhard świetnie potrafił sobie z tym poradzić.

Tymczasem przyszło nam wrócić do hotelu, na dole, w dolinie temperatura byłą całkiem miła, Gerhard podrzucił nas pod hotel swoim firmowym busikiem i zapowiedział, żebyśmy na jutro znów szykowali się na górską przygodę.

Ania&Piotrek