Pin It

_PTR3705-01Wiecie jak się czuje dziecko, kiedy zabierze mu się zabawkę? Tak właśnie czuliśmy się wyjeżdżając z Wysokich Taurów. Ta nizina, dolina Dunaju, która rysowała się gdzieś na północnym horyzoncie była ostatnią rzeczą na jaką mieliśmy ochotę. Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie chcemy!

Mittersill żegnało nas pogodą. Ale jaką pogodą! Słońce, ciepło, błękitne niebo i białe baranki chmur. Na stację kolejki SLB Pinzgauer Lokalbahn idziemy piechotą, zrzucamy plecaki, do odjazdu zostało sporo czasu. Jakoś tak wcześnie nam się wyszło z hotelu. Niewielka stacyjka, bo inaczej nazwać jej nie można, to w rzeczywistości kasa i spora wystawa pamiątek i gadżetów związanych z tą zabytkową linią kolejową. Można tu kupić modele kolejki, a nawet całe stacje z papieru, do złożenia w domu. Prócz tego mnóstwo książek, albumów, opracowań. Wszystko ku chwale szerokiego na 76 cm i długiego na niespełna 53 km toru. Tego typu kolejki spotykaliśmy już wcześniej, podobnej wielkości pociąg wozi turystów w Serbii, za czasów austriackich powstała tu m.in. „Šarganska osmica”, którą może znacie z filmu „Życie jest piękne” Kusturicy.

_PTR3538-01

Czekamy. Dwa tory, jedne do Krimml, drugie do Zell am See. W tym drugim przesiądziemy się na pociąg do Salzburga i dalej, szybko, do Amstetten, skąd ma nas ktoś odebrać i zawieźć do… No właśnie, dokąd? Przed naszą wyprawą, kiedy dostałem plan wyjazdu jedynym miejscem, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, był „Mostviertel” w Dolnej Austrii, czyli tam, gdzie teraz jedziemy. Nie dość, że nie miałem pojęcia, gdzie to jest, to na dodatek nie wiedziałem, co tam może być dla nas interesującego. Zwłaszcza, że nazwa, którą rozszyfrowaliśmy via Internet oznacza „most” – czyli moszcz (sok – wyciśnięte owoce jabłka, bardziej nam się kojarzył z winem niż z jabłkiem ) zaś „viertel” to kwartał, dzielnica. Czyli miejsce, gdzie się coś tam robi z jabłek. No nie. To nie mogą być góry! Teraz wyobraźcie sobie, jak to się zbiegło w przestrzeni i czasie – opuszczamy cudowne Wysokie Taury, jest piękna pogoda, jedziemy „gdzieś” gdzie jedzą jabłka… Oj, lepiej było do nas w ów dzień nie podchodzić 🙂

p_04

W końcu jedziemy, na trasie do Salzburga pociąg przeciska się wąskim kanionem rzeki Salzach, dookoła wysokie na 1500 – 1600 metrów, wapienne ściany, w dole wije się rzeka. To jedne z piękniejszych odcinków trasy, jeśli będzie wam dane jechać z Salzburga w kierunku Bischofshofen nie prześpijcie tego miejsca! W Salzburgu przesiadka, dworzec jest w remoncie (wizualizacje na wielkich billboardach wyglądają zachęcająco, jak to skończą – będzie wyglądał pięknie!), więc musimy sprawdzić peron odjazdu pociągu. Po kilkunastu minutach już mkniemy intercity do Amstetten, w kierunku Wiednia i patrzymy, jak zmienia się otaczający krajobraz, góry zmieniają się na pofałdowane przedgórze, to na nieco pofałdowane przedgórze, dalej jest bardziej płasko, jeszcze bardziej płasko i w końcu widzimy góry majaczące w oddali, gdzieś na południu. Jesteśmy na nizinie. Patrzymy po sobie i zastanawiamy się całkiem poważnie nad tym… czy nie pomyliliśmy miejsc! Czy wpisawszy w rozkład jazdy austriackich kolei nazwy miejscowości nie wybraliśmy jakiejś innej, o podobnie brzmiącej nazwie. Jezu, tam na wschodzie musi być jakaś górska cywilizacja!

p_05

Tak rozmyślając zaczynam przeglądać lokalne gazety, które ktoś zostawił w przedziale, w oczy wpada mi wielki napis po niemiecku „Austriackie góry wystawione na sprzedaż!” Okazuje się, że parę alpejskich szczytów Große Kinigat i Rosskopf, można nabyć za 121 tys. euro. Szybko przeliczamy pozostały budżet wyprawy, bo skoro góry nie chcą do nas przyjść… Niestety, sporo brakuje 🙂 Skądinąd niezły pomysł, kupić sobie górę. W Polsce mieliśmy możliwość kupić lokomotywę, a tu taka gratka. Sprawdzamy informację na stronach polskich gazet internetowych – no faktycznie, to nie kaczka dziennikarska, sprzedają, jest już 20 chętnych. Ale temat upadł, zaoponowali przedstawiciele ministerstwa i lokalni politycy.

_PTR3705-01

W końcu docieramy do Amstetten, jest późne popołudnie, słonecznie, przed nami jeszcze około godziny jazdy samochodem, na szczęście na południe. Miny mamy nietęgie, dookoła jest tak płasko, że aż nie chce się wyglądać za okno. Nic to, ważne, że jednak nie pomyliliśmy regionu Austrii i miejsca przesiadki. A związku z tym, że wyjazd ma być „górski” to chyba znajdą dla nas chociaż jedną górkę do zdobycia, prawda? Wg informacji, które posiadamy Mostviertel – podobnie jak Mittersill – należy do stowarzyszenia wiosek dla wędrowców, czyli jedziemy w góry. Ale póki co tego nie widać. Nie mija 20 minut, kiedy krajobraz się zmienia, prawie w jednej chwili. Płaskie pola zaczynają falować, falować, coraz większe fale. Po chwili robi się jak nie przymierzając w Toskanii, potem jak na polskim przedgórzu Beskidów, by po paru zakrętach krajobraz zmienił się na bardzo beskidzki, a w końcu mocno pieniński. Jesteśmy w górach, hurrraa! Gdzieś na horyzoncie, ale niedaleko majaczy wysoki, pozbawiony roślinności, lśniący białym wapieniem szczyt. Jest cudowne światło, gdyby nie fakt, że nasz kierowca nieco się śpieszy (jak się później okazuje to manager gasthofu, w którym mieszkamy) chętnie zatrzymałbym się i porobił zdjęcia. Długie cienie, ciepłe barwy i ta zieleń! Tylko późną wiosną – w maju i czerwcu można zobaczyć tyle odcieni zieleni na polach, w lasach. Jeszcze kilkanaście minut i już, już witamy się z górami. Przy drodze pojawia się wielka tablica – Teren narciarski Ötscher. Nie jest źle, jak są narty to są na pewno fajne góry. W końcu docieramy do Lackenhof, zatrzymujemy się pod kościołem. Naszym nowym domem na kolejne trzy dni będzie hotel Kirchenwirt. Kiedy wysiadamy z samochodu na kościelnej wierzy zaczynają bić dzwony. Zaraz za kościołem lśni szczyt Ötscher-a. Alleluja!

Ania&Piotr