Pin It

Jadę na Zachód, za Wielką Wodę, do „Ameryki”.

„Ameryka”, „Amerykanie” gdy czytacie  te słowa co wam przychodzi do głowy? Założę się, że tylko jedno: USA i ich mieszkańcy. Tak, USA zawłaszczyły sobie – świadomie lub nie – określenie, którym można by obdarzyć wszystkich mieszkańców i to nie tylko Północnego ale i Południowego kontynentu amerykańskiego. Na pewno największe prawo by mówić o nich „Amerykanie” mają Majowie, Aztekowie, Inkowie czy setki plemion Indiańskich, które zamieszkiwały terytoria Ameryki Północnej na długo przed dotarciem tu Europejczyków. Cóż, myślimy USA mówimy Ameryka. Sam się na tym łapie, ale i za każdym razem staram poprawić, tłumacząc rozmówcom co powyższe.

Jadę więc do tej „Ameryki”, chociaż wcześniej odwiedziłem Florydę czuję się jakbym jechał pierwszy raz. Zwłaszcza, że planuję dotrzeć do zachodnich stanów: odwiedzić Kalifornię, Nowy Meksyk, Utah, Arizonę, Newadę, Teksas i Kolorado.

Buffallo-Bill-w-Rzeszowie-2[1]

W 1906 roku Buffalo Bill zawitał ze swoim spektaklem do Rzeszowa…

Dużo miejsc, sporo czasu i mnóstwo książek do przeczytania, blogów do skanowania wzrokiem, zdjęć i historii do poznania. Przed wyjazdem, ma się rozumieć.  Jadę fotografować, szukam więc i tematów i zdjęć. W ten sposób trafiłem na kolekcję, którą chcę się z wami podzielić. Bo jest wspomnieniem czasów, które już nigdy nie wrócą. A, że z natury jestem sentymentalny to raduję się tym co odnalazłem.

Każdy z nas zna historię Indian Ameryki Północnej: wyzysk, woda ognista, utarczki, w końcu eksterminacja. Smutne czasy i kolejny dowód, że biały człowiek wciąż ma swoje za uszami. Żadna nowość. W tym świetle zdjęcia, które chcę wam dziś pokazać mają szczególną moc. Ale nim zerkniecie na portrety Indian – zobaczcie ten wycinek z rzeszowskiej gazety z roku 1906.

Właśnie tak, wiele z tych osób, które za chwilę zobaczycie na zdjęciach odwiedziło Rzeszów by wystąpić w przedstawieniu, którego Polska nie widziała. Ale przejdźmy do sedna, do czasów gdy mieszkańcy Rzeszowa jeszcze nie marzyli zobaczyć „prawdziwych Indian”. Zapraszam na „Buffalo Bill’s Wild West”.

100265164_o[1]

Kim był Bill? Zwiadowcą, myśliwym ale przede wszystkim showmanem, który w 1883 roku założył swój teatr, i postanowił odgrywać w nim sceny „dzikiego zachodu”, z czasów, które powoli szły w zapomnienie. Szczególnie znamienne jest w tym, że aktorami byli autentyczni wojownicy – Indianie, słynni – z różnych przyczyn – kowboje. Tym samym widowisko Billa, mimo wyreżyserowanej formy, miało cechy autentycznego wydarzenia. I cholernie się podobało. Do tego stopnia, że Bill trafił z nim za ocean, do Europy. Z dzisiejszego punktu widzenia można mieć mieszane odczucia: czy to teatr czy cyrk? Czy Indianie stoczyli się do cyrkowych błaznów, odgrywających historyjki, wymachując tomahawkami, pokrzykując na siebie? Zwłaszcza, że już wówczas znane były przypadki pokazywania na salonach Starego Świata „dzikich” z podbitych i skolonializowanych terenów. Cóż, Bill był inny – przynajmniej tak dziś o nim piszą. Szanował Indian, a show był próbą pomocy finansowej dla nich. Mówił: „Każde powstanie Indian to efekt niespełnionych lub złamanych obietnic i traktatów przez rząd”.  Był orędownikiem równouprawnienia i praw obywatelskich kobiet. W przedstawieniu Billa brali udział legendarni już: Siedzący Byk – wódz Siuksów, słynna Annie Oekley, która potrafiła odstrzelić papierosa trzymanego w ustach  – z resztą zrobiła to nikomu innemu, a samemu Wilhelmowi II Hohenzollernowi, cesarzowi Niemiec oraz nie mniej słynny rewolwerowiec – stróż prawa James Butler Hickok.  Przedstawienie Billa widziała w 1887 roku Królowa Wiktoria w czasie tourne trupy po Europie.

Jak postały te zdjęcia? Jest 1889 rok. Fotografka Gertrude Käsebier przez okno swojego studia na Piątej Alei w Nowym Jorku widzi Indian. Paradują na ulicy. Gertrude wracają wspomnienia z Kolorado i Wielkich Równin, gdzie ponad 30 lat wcześniej dorastała. Decyduje się  napisać do Billa list z prośbą o możliwość realizacji sesji zdjęciowej Indian w jej studio.  Organizują zdjęcia. A teraz możecie je zobaczyć na moim blogu. I poznać wielkich, indiańskich wojowników: Lecącego Jastrzębia, Joe Czarnego Lisa i innych.

I właśnie  takich śladów Dzikiego Zachodu będę szukał podczas mojej zbliżającej się podróży do zachodnich stanów USA.

fot. (c) Library of Congress